Zmiany, zmiany, nowa ja

Prawie 2 tygodnie temu postanowiłam po raz pierwszy w życiu przeprowadzić sobie detoks tzn. zero: cukru, nabiału, kofeiny, alkoholu, glutenu.

Na początku myślałam, że będzie bardzo ciężko, bo jak to bez kawy, bez sera, no i tego nieszczęsnego cukru 🙂

Pierwsze dni przyznam byłam nerwowa i chodziłam spać około 21.30 bo padałam na twarz. Po 3 dniach zaczęło mnie wszystko boleć: nogi, plecy i to był taki ból, że przez dwa dni nie mogłam spać. Ale potem przeszło i wróciło więcej energii.

Teraz jem zdrowiej i nawet udaje mi się czasami dzieci na to namówić, np z córką gotujemy owsiankę i jemy razem. Moje warzywa z ryżem zajada mąż. A jajka w koszulce z szpinakiem nawet wybredny Kubuś zjadł ze smakiem.

Eksperymentuje w kuchni, dodaje dużo przypraw, jest warzywnie, owocowo, płatki owsiane bezglutenowe, makarony ryżowe i ryż, soczewice, kasze, tapioka. Są sałatki, koktajle, zupy. ..i czasami jestem w szoku jakie przepisy mi przychodzą do głowy.

Oprócz tego pilnuję żeby pić dużo wody, a rano robię wielki dzbanek mięty z doniczki na balkonie, z startym imbirem, plus cytryna i kurkuma.

Staram się wysypiać, choć czasami ilość pracy nie pozwala.

No i pilnuję treningów, ćwiczę w domu z trenerem on line, albo szukając innych treningów dostępnych. Jeszcze muszę wrócić do biegania i będzie idealnie

Wagi za bardzo nie kontroluję , ale widzę po rzeczach że obwody się zmniejszyły, a minęło dopiero 12 dni. Detoks chce mieć 14 dni, potem częściowo wprowadzę zwłaszcza mój nabiał ulubiony. Poza tym będę starać sie jeść zdrowo. W końcu kiedy jak nie teraz zadbać o siebie, Za 6 dni urodziny już kolejna cyfra dochodzi do 40tki…

I myślę, że naprawdę warto. Już po tych kilku dniach widzę, że cera lepsza, cienie pod oczami mniejsze, skóra mniej wysuszona i pewnie z czasem będzie jeszcze wiele innych zalet. Jedną z nich na pewno jest też to, że weszłam w nowe dżinsy, które czekały na swój czas.

Poniżej trochę zdjęć z moich dań. I zdjęcia ze spaceru z dziewczynką.

Pozdrawiamy Was ciepło i dbajcie o siebie 🙂

Wszystko się zmienia

Wszystko się zmienia, nie wiadomo co będzie jutro, za tydzień, za miesiąc, rok.

Coś co wydawało się codziennością i normalnością znikło. Z dnia na dzień szkoła toczy się w domu, praca przy własnym stole z słuchawkami na uszach. Zaciera się granica między normalnym dniem, pracą. Może nie dla wszystkich niektórzy z Was ciągle jeżdżą do pracy i poza mniejszym ruchem ludzi wkoło, niewiele się zmieniło.

Budzik rano dzwoni, albo i nie. Jest plus tych dni można później wstawać. Kurier przywozi do domu zakupy, są też świeże warzywa, które świeży koszyk dowozi.

Nawet kwiaty na balkon prosto od ogrodnika z Leszna przyjeżdżają. Albo winko i świeże mleko, kto co woli. Możemy praktycznie wszystko zamówić do domu. Pójście do sklepu to maseczka, rękawiczki, w pewnym sensie większy stres…

W wolnych chwilach, których mało, niektórzy jak ja szyją maseczki.

Wyjście na dwór już jest bardziej przemyślane, nie spontaniczne i takie zwykłe, normalne. Ale wiemy, że trzeba wychodzić bo inaczej oszalejemy.

Wkoło nas, na ulicach większy spokój, cisza, ale też strach, czy dziwna obawa, unikamy patrzenia na siebie, rozmów, spotkań, uścisku ręki, przytulasów, buziaków. Nie widujemy się tak jak zwykle z przyjaciółmi, jesteśmy bardziej sami… Dla niektórych towarzyskich dusz trudne do zaakceptowania..

Jednak w domu jesteśmy bardziej razem. Bo więcej czasu spędzamy, wspólne pieczenie chleba , robienie sernika na zimno, sadzenie kwiatów na balkonie, porządki w szafach, zmienianie obrusa na stole, ścieranie kurzów, układanie puzzli przez 3 dni- na co wcześniej nigdy jakoś nie było czasu, granie w monopol, warcaby i inne gry. . Są na pewno plusy, więcej gotujemy, rozmawiamy, siedzimy razem na kanapie wieczorami.

Choć są też dni, że tyle pracy zdalnej, że wszyscy mają dość, każdy na każdego burczy. Czerwone wino otwarte i świeczka zapalona czasami pomaga.

Biegania ostatnio nie ma, ćwiczeń większości też nie, czasami zalogujemy się on line poćwiczymy jest wtedy duma i radość. Ale za mało tego. ..

Wiele planów znikło z dnia na dzień, miała być podróż do Londynu, do Pragi, w Tatry, może inne miejsce na świecie. Nie wiadomo teraz kiedy, czy w ogóle..Wszystko co będzie, jest jedną niewiadomą. Czy będą wakacje, czy gdzieś pojedziemy, kiedy studenci wrócą na uczelnie, a uczniowie do szkół, czy będzie można pojechać nad morze, w góry, czy dzieci będą miały kolonie, czy otworzą kluby sportowe, baseny… Tych pytań jest wiele, wiele więcej.

Jedni mają pracę taką, że wszystko toczy się swoim torem u innych wszystko zamarło, nie wiadomo co będzie. Jeszcze parę miesięcy temu nikt by w to nie uwierzył, jak to przecież kredyt na mieszkanie, samochód, prywatna szkoła, kursy…

Pomimo wszystko starajmy się patrzeć na świat pozytywnie, musi być dobrze, siła jest w nas, rodzinie, przyjaciołach.
Patrzmy na świat z otwartym umysłem, są różne szanse żeby działać, rozwijać się, nie poddawać. Jest ciężko, ale będzie lepiej, musi.

Wszystko ma swój sens.

Pewnie to co się dzieje teraz też. Przyroda, ludzie, cywilizacja…

Może pora przestać myśleć tylko o sobie, ale o innych , o tym co nas otacza, przypomnieć sobie o bliskich i o tym co ważne. Liczy się zdrowie, szczęście, bliskość, wsparcie, przyjaźń.

Przesyłamy Wam pozytywną energię. Będzie dobrze, lepiej kiedyś

Chicago _love

Już minęło parę tygodni, więc najwyższa pora dodać parę słów o Chicago i mojej podróży.

Jest to miejsce, które mnie urzekło, zachwyciło, pozytywnie zaskoczyło i na pewno zostanie w mojej pamięci na długo.

10 sierpnia po 6 rano z Poznania lecę do Monachium i stamtąd do Chicago, podróż w sumie trwa ponad 12 godzin, ale dzięki zmianie czasu jesteśmy w Chicago już około 11. Z lotniska do centrum Chicago decydujemy się jechać pociągiem (jest na pewno taniej tylko 5 dolarów, zamiast 40 dolarów za taksówkę), trochę to nam zajmuje czasu bo akurat trafiamy na remont odcinka i musimy przesiadać się z pociągu na autobus i potem spowrotem na pociąg. Po drodze możemy obejrzeć dzielnice Chicago na obrzeżach miasta, domki, które wyglądają jakby były zbudowane przez jednego developera, większość ceglana bez otynkowania, większe kamienice z charakterystycznymi schodami przeciwpożarowymi na zewnątrz, które znam z filmów. O dziwo wszędzie wyjątkowo czysto, trochę graffiti na ścianach..

Gdy docieramy do centrum niestety nie sprawdzamy wcześniej jak dotrzeć do naszego hotelu Swisshotel, włączenie google map na 5 minut okazuje się, że kosztuje mnie 120 zł, więc od tej chwili nie używam żadnego transferu danych w Stanach poza wi-fi w hotelu, bo koszt jest kosmiczny. Również odbieranie telefonów, czy wysyłanie smsów lepiej dobrze przemyśleć bo ceny zdecydowanie są za wysokie.

Ostatecznie z walizką, która waży 20 kg przechodzimy prawie 8 km, ale docieramy do hotelu błądząc po ulicach bo okazuje się, że jest odcinek North, South, East tej samej ulicy, o czym dowiadujemy się nie mogąc znaleźć numeru hotelu. 🙂

Mieszkamy w hotelu Swisshotel, zbudowanym w kształcie bryły o podstawie trójkątnej. Piętro 28 gwarantuje piękne widoki na rzekę i panoramę Chicago. Hotel dlatego ten, ponieważ odbywa się w nim międzynarodowa konferencja organizowana przez Uniwersytet z Missouri.

Poza obradami na konferencji mamy trochę czasu na zwiedzanie miasta. Chicago zachwyca, rzeka malowniczo płynie przez centrum miasta ma piękny kolor, który trudno opisać trochę zielony, trochę turkusowy. Po rzece pływa dużo statków wycieczkowych, kajaki, nie można się jednak kąpać. Za to można się kąpać w jeziorze Michigan, nad którym plaże zapierają dech w piersiach, są szerokie, piaszczyste, jezioro wygląda jak morze, są na nim fale, woda ciepła. Jednego dnia gdy docieramy tam z plecakiem siadamy i z wielką przyjemnością moczymy nogi a finalnie całe spodnie, gdy zalewa nas fala 🙂 Słońce jednak mocno świeci i szybko wysychamy.

Ludzie nie są wcale grubi i niezadbani, jak się nam często kojarzą Amerykanie. Są szczupli, wysportowani, wielu z nich biega, jeździ na rowerze. Czasami nie mogę się napatrzeć na ich fajny styl ubierania się, fryzurę, delikatny makijaż, pięknie umięśnione sylwetki…i wtedy myślę mogłabym tam mieszkać i żyć jak oni.

Będąc w Chicago na pewno warto kupić bilet na wycieczkę statkiem po rzece i jeziorze połączoną z poznawaniem historii i zabytków miasta. Koszt takiej wycieczki to 50 dolarów, ale naprawdę warto!!

Wycieczka trwała 1,5 h , pływając po rzece usłyszałyśmy wiele ciekawych faktów na temat miasta, jego historii, rozwoju, budynków, ciekawostek. Przewodniczką jest starsza kobieta, wychudzona i opalona jakby pół życia spędziła na morzu (co pewnie jest prawdą skoro tyle pływa z wycieczkami :-), ma fajne poczucie humoru (choć jedna koleżanka komentuje, że chyba jest na chaju- co może jest i prawdą bo to co zadziwia w Chicago to wszechobecny zapach trawki na każdym kroku …:-)

Koniecznie trzeba też odwiedzić wybrzeże Navy Pier, zarówno w dzień jak i w nocy, kiedy jest pokaz fajerwerków. Widok miasta, jego wysokich budynków na brzegu zachwyca. Fajerwerki przychodzą oglądać całe rodziny, małe dzieci, pary, miejscowi i turyści, gra muzyka, jest w tym coś magicznego.

Pięknych miejsc w Chicago jest mnóstwo, są parki takie jak park Milenium, odbywają się w nich koncerty, pikniki, można z własnym kocem i jedzeniem usiąść ze znajomymi na trawie, można zrobić sobie zdjęcie przy znanym pomniku jajku, czy pięknej fontannie.

Można też dobrze zjeść, co prawda nie zawsze tanio, raczej za zdrowe i dobre jedzenie trzeba zapłacić więcej, ale dobrze, że takie jedzenie jest dostępne. W dniu wyjazdu jemy pyszne śniadanie – ja kawę z mlekiem owsianym, tosty z awocado i jajko na miękko z ziołami i pomidorem w kafejce blisko parku Milenium. Można też zamówić wiaderko pysznych krewetek i piwo lokalne siedząc sobie w knajpce na dworze, słuchając muzyki na żywo.

Miasto całe tętni życiem, koncerty odbywają się na żywo w ciągu dnia i wieczorami, są też występy teatralne, bilety można wygrać rejestrując się na stronie internetowej i biorąc udział w loterii.

Miasto mnie urzekło i mogłabym tam mieszkać. Jeśli nie mieszkać to na pewno chciałabym tam wrócić i tym razem na dłużej niż tylko tydzień, bo jeszcze mnóstwo miejsc nie zobaczyłam, nie odwiedziłam. Moja wiza ważna jest jeszcze 10 lat, choć może za chwilę wizy już nie będą potrzebne 🙂

Na pewno warto odłożyć parę groszy i poszaleć na zakupach, kupić Levis’y albo coś w Gap, odwiedzić 8 piętrowy sklep Macy’s i Tk Maxx, gdzie naprawdę można wypatrzyć perełki, torebki za 30-40 dolarów, markowe ciuchy dużo tańsze. Ja wróciłam z żakietem Hilfingera, torebką skórzaną Fossil i jeszcze paroma skarbami 🙂

Poniżej kilka zdjęć więcej możecie obejrzeć na dysku

https://drive.google.com/open?id=1AArp-nsEkXXmMhWXdSAfom0-eMG1rnTr

Żegnaj aniołku

Miało być inaczej…

Tak wiem są takie statystyki..Ale nie wierzyłam, myślałam że ja będę tą której się uda. Przecież dwa razy wcześniej było wszystko dobrze, dzieci rosły, ja wszystko robiłam i nic się nie działo.

Gdy się pojawiły dwie kreski na teście ciążowym, trochę przerażenie, strach co to będzie, ale też radość. Też cholernie się bałam, bo to przecież tyle zmian, począwszy od przemeblowań, zmian w pracy, w życiu codziennym, w wielu sprawach, ale przecież miało być dobrze, dalibyśmy radę.

Tatuś nie chciał Cię…..myślałam że jestem silna, że dam radę i uchronię Cię tam w brzuszku, ale nie dałam rady, przepraszam…

Czułam że będziesz dziewczynką, miałaś mieć piękną datę urodzenia 1.01.2020. Wybierałam imię choć wiem, że to za wcześnie. Może Zuzia, Kaja, Amelka…

Dlaczego nie poczekałaś, nie rosłaś dalej w moim brzuszku?

W głowie mnóstwo pytań..że może gdybym nie niosła tej ciężkiej siatki z Lidla, byłoby inaczej.. Może gdybym trochę mniej pracowała a nie od rana do wieczora była na zajęciach, może byłoby inaczej..Przecież jeszcze tydzień temu byłaś, głaskałam Cię i rozmawiałam z Tobą jak szłam spać, serce mi rosło z radości gdy widziałam Twoją główkę i rączki i nóżki na USG. No i brzuszek który coraz bardziej rósł.

Postanowiłaś jednak inaczej..pewnie czułaś że nie wszyscy Cię chcą. Przestraszyłaś się..Nie uchroniłam Cię przed stresem. Przepraszam.

Bardzo bym chciała Cię przytulić, po raz pierwszy nakarmić, iść na spacer , szykować rzeczy dla Ciebie, prasować i układać w komodzie, uszyć Ci piękną pościel i podusię do przytulania taką jak miała Tosia. Chciałam żebyś spała w koszu wiklinowym koło mnie.

Miałaś wnieść do naszego życia radość i szczęście.

Jednak pojawiła się krew, jeszcze miałam nadzieję że Cię uratuję, w szpitalu powiedzieli serce biję, przepisali leki powiedzieli leżeć. Jednak nie dojechałam do apteki, już w samochodzie się zaczęło i w domu skończyło..mnóstwo krwi, przerażenie i rozpacz..

Został smutek i wielka dziura w moim sercu, już nigdy nie będzie tak samo. Mam dzieci wiem dla nich muszę być silna, ale póki co nie umiem, jest mi źle, nie mam ochoty z nikim się widywać, rozmawiać, płacz podobno pomaga..nie wiem na pewno mam czerwone i zapuchnięte oczy, czy jest lepiej, nie wiem, każdą żałobę trzeba przejść, po każde stracie serce pęka.

Gdy dziś poszłam do sklepu w kolejce dwie mamy w ciąży i jedna z małym dzieckiem w wózku, w telewizji śniadaniowej polecają łóżeczka dla dzieci, wszystko wkoło emanuje tym o czym chcę zapomnieć.

Podobno czas leczy rany…

W poniedziałek mnie czeka szpital i łyżeczkowanie macicy, dziecka już nie ma , ale zbyt wiele zostało, boże to jakby zły sen, jak nie ma, przecież właśnie zamówiłam spodnie ciążowe bo brzuszek rósł i wybrałam sobie dżinsy, teraz leżą w paczkomacie , niech je odeślą nie mam siły ich odebrać tylko po to żeby odesłać.

Miało być inaczej, już miałam w głowie zaplanowane jak będę z Tobą biegać w wózku biegowym, chciałam Cię karmić i w odróżnieniu od Tosi mieć więcej cierpliwości nie poddać się tak szybko z karmieniem, chciałam sobie przypomnieć jak to jest znów mieć taką małą istotę w domu, na pewno nie byłoby łatwo, ale dalibyśmy radę i Twój tata też na pewno by Cię pokochał pomimo że teraz czuł wielki strach i niepewność…

Czuję wielką pustkę, czuję że wszystko straciło sens.

Na szczęście jest Tosia i Kuba mogę się do nich przytulić, ale i tak jest mi źle, potem gdy zasną wieczorami leżę i płaczę, szlocham, wyję..albo leżę patrząc tępo w ścianę.

Tak bardzo chciałam być jeszcze mamą… ale to już się nie stanie.

Twój tata nie chcę mieć żadnych dzieci więcej.

Gdy ja rozpaczam on czuję ulgę bo jego problem znikł

Wcześniej on był załamany. teraz ja . więc jest sprawiedliwie.

Tak on wie że ja go winię, ale przecież będzie dobrze

Jest nas tyle, gdy czytam fora, gdy piszą do mnie dziewczyny , tak wiele małych istot odeszło zanim zdążyło się pojawić na tym świecie, niektóre wcześniej, niektóre później, wszystkie zostawiły po sobie wielki smutek i żałobę ich mam.

Najczęściej jednak to mamy przeżywają, rodzina znajomi wspierają, ale nigdy nie zrozumieją, jeśli sami tego nie doświadczyli. Bo przecież to jeszcze nie było dziecko, to było „coś” co dopiero się rozwijało i przecież tak bywa..

Jednak dla każdej mamy dziecko jest dzieckiem kiedy już się dowie o jego istnieniu.

Zostało mi na pamiątkę Twoje zdjęcie z USG, i rosnący brzuszek, który już znikł…

Zawsze pozostaniesz w mojej pamięci mój mały aniołku<3

Słabości i poczucie wartości


Każdy z nas ma dni, że czuję się z sobą lepiej i gorzej.

Niektórzy z nas potrzebują ciągłego potwierdzania w oczach , słowach innych, że coś znaczą, że są piękni, mądrzy. Czasami są zamknięci w sobie, czasami wręcz przesadnie wesołością, gadatliwością chcą zamaskować prawdziwe ja. Niektórych trudno rozszyfrować, bo rzadko bywają sobą. Niektórzy nie mają problemu żeby patrzeć komuś w oczy, innym trudno jest wytrzymać taką sytuację. Niektórym się wydaję, że trzeba być silnym w każdej sytuacji.

Czasami wystarczy jedno zdarzenie, słowo, gdzieś daleko w przeszłości, że nasza samoakceptacja spada, nabawiamy się kompleksów i zamiast widzieć w sobie dobre rzeczy, widzimy te złe. Czasami to kiełkuje w nas niczym małe ziarenko i pewnego dnia na tyle wzrasta, że zaczyna nam przeszkadzać w codziennym życiu.

„Tak naprawdę rolą nas rodziców jest budowanie poczucia wartości w naszych dzieciach, słowami, gestami uczyć je, że są wspaniałe, ale też uczyć ich właściwego systemu wartości, żeby umiały docenić to co mają. Na pewno trzeba dużo rozmawiać, czasami też „ugryźć się w język” żeby nie powiedzieć czegoś, co je zrani. Sama się czasami na tym łapie, że powiem coś niepotrzebnie i potem żałuję.

Psychologiem nie jestem, czytam książki Jaspera Juula, czasami jakieś wpisy na blogu..

Sama z sobą dopiero niedawno doszłam do równowagi i akceptacji siebie taką jaką jestem, choć ciągle zdarzają się dni, że nic mi się w sobie nie podoba, że nie lubię siebie, swojej figury, swojej twarzy. Czasami to pewnie prze hormony i trudne dni…Na pewno pomaga mi sport w tym pozytywnym patrzeniu na siebie. treningi, bieganie pozwalają oczyścić ciało i umysł.

Gdy byłam nastolatką niewiele mi się w sobie podobało, miałam odstające uszy, zbyt wiele kilogramów, włosy dziwnie obcięte, rzeczy nie do końca takie jakbym chciała bo nie na wszystko moich rodziców było stać. Moim atutem na pewno było to, że zawsze raczej dobrze szło mi z nauką, poza tym byłam wesoła i towarzyska. Chciałam schudnąć, wydawało mi się, że to spowoduje, że będę piękna. Nagle coś się stało w mojej głowie..Obsesja odchudzania zaćmiła zdrowe i logiczne rozumowanie. Ćwiczyłam w domu. Ograniczyłam jedzenie, potrafiłam pół dnia nic nie jeść, na śniadanie pomidor i jogurt naturalny, potem kawa, woda, sałatka na kolację. Kilogramy spadały. Gdy zjadłam bułkę, kanapkę, włączał się alarm, że to już za dużo. …Jeszcze wtedy nie widziałam, że to jakiś duży problem.

Pomiędzy głodówkami, pojawiały się napady obżarstwa, potem wymioty, ukrywane przy włączonej pralce, albo gdy nikogo nie było w domu. Gdy zamieszkałam z koleżanką było łatwiej, częściej byłam sama w domu. Ciągnęło się to latami. Były okresy lepsze i gorsze. Ślady na rękach, opuchnięte oczy, ból gardła itp..osłabienie, obwinianie siebie i dni że nic się nie chciało. Potem dni kiedy znów jadłam mało, waga była taka jak chciałam i wspaniałe samopoczucie.

Gdy w pewnym momencie już miałam dość zaczęłam chodzić do psycholog, prowadziłam notes w którym pisałam co jem (oj ta lista była czasami przyprawiająca o zawał i ilość jedzenia starczyłaby na kilka dni), jak się czuję, co się dzieje w moim życiu…Było lepiej i gorzej i tak się zmieniało. Myślałam że już nigdy się to nie skończy. Wiele osób z mojego otoczenia wiedziało o tym, mój obecny mąż, siostra, rodzice, nie rozumieli, próbowali wybić to z głowy, samo rozpoczynanie tego tematu powodowało, że się najeżałam, zamykałam w sobie i nie chciałam rozmawiać. Kupiłam kilka książek o bulimii, anoreksji. Tak czytałam o sobie..i czasami byłam przerażona, ale potem przychodził napad i wszystko inne traciło sens, najważniejsze było poczuć ulgę i mieć pusty żołądek.

Na szczęście zaszłam w ciążę. I to pozwoliło mi się opamiętać. Poczułam, że teraz nie liczę się tylko ja tylko jeszcze ta mała istota. I tak powoli odeszła bulimia w zapomnienie. Choć całkiem nie zapomnę o niej do końca życia. Teraz mam w swoim życiu treningi, bieganie, sport na pewno to pomaga, można najeść się bez wyrzutów sumienia wiedząc, że potem na treningu się to spali. Mam dzieci i dla nich chce być silna. Jestem postrzegana jako osoba silna, wesoła, raczej pewna siebie. Wiele z nich nie wie, z czym walczyłam, walczę..A wszystko zaczęło się kiedyś dawno gdy jako mała dziewczynka czułam się brzydka (zawsze moja siostra była ta ładniejsza, szczuplejsza)…i jakoś nikt mnie nie dowartościował na tyle żeby nie miała takiego bałaganu w głowie.

Dlatego nie pozwólcie swoim dzieciom na niską samoocenę, dbajcie o nie, obserwujcie , rozmawiajcie bo to naprawdę chwila i jak nie zaburzenia jedzenia, to złe towarzystwo, narkotyki i inne problemy. Bardzo się boję tego czy uda mi się moje dzieci przed tym uchronić, czy będą podejmować właściwe wybory w życiu..




Żegnaj babciu

Babciu żałuję, że już Cię nie przytulę, że już nie będziemy w tym roku razem zbierać malin na ogródku, że nie pójdziemy do sklepu do pana Leszka, że nie pojedziemy na spacer do Zaniemyśla, że nie pozbieramy orzechów i kasztanów, że nie zjemy wspólnie ciasta na Twoje imieniny, urodziny….

Babciu mogłaś jeszcze poczekać, aż Twoje prawnuki trochę dorosną, ale i tak to coś wspaniałego że znali swoją prababcię, wiele osób nie ma takiej możliwości.

Chociaż ja też miałam długo prababcię, zmarła jak miałam 12 lat. Czyli prawie tak samo jak twój prawnuk, który we wrześniu miałby 12 lat.

Babcia czasami miałaś swoje przyzwyczajenia niekoniecznie dla wszystkich zrozumiałe, ostatnio wiele się w Twoim życiu pokomplikowało, wylew, szpital, ośrodek opieki. Mam nadzieję, że ostatnie dni życia pomimo wszystko chociaż trochę były dla Ciebie szczęśliwe, niestety nie mogłaś powiedzieć co czujesz, czego potrzebujesz. . Tak wiele rzeczy się zmieniło. Nie lubiłam jeździć do ośrodka w którym byłaś, tyle osób wkoło, których starość, cierpienie czuć było w powietrzu. Ale ty tak się cieszyłaś na odwiedziny, spotykałyśmy się u Ciebie z ciocią, było ciasto, kawa, spacer, buziaki. Mam nadzieję że nie masz nam za złe tej decyzji…

Żałuję, że już nie wypijemy wspólnie kawy, nie pójdziemy na spacer, nie przytulimy się, nie zjemy czekoladowych cukierków, nie obejrzymy familiady i koła fortuny…Uwielbiałaś kabarety i programy muzyczne. Twoja prawnuczka też je uwielbia, chyba ma to po Tobie.

Twój dom już przestał być domem, w którym spotykała się rodzina…już nikt tam nie mieszka. Drzewa za oknem które jak wiał wiatr denerwowały Cię, piwnica pełna skarbów, boisko szkolne za oknem gdzie można było obserwować dzieci podczas przerw..i jak to tak, że już nigdy tam nie pojadę. A jeśli nawet to tylko żeby odwiedzić stare miejsca, ale Ciebie tam nie będzie.

Zostało wiele wspomnień i zdjęć, póki co każdy powrót do nich boli i to bardzo, ale za jakiś czas to będzie wielki skarb, pamiątka dla mnie, moich dzieci , potem ich wnuków.

Babciu miałaś jeszcze żyć kilka lat, miałaś dużo sił.. Przepraszam Cię, że nie przyjechałam gdy odchodziłaś, przepraszam, że nie było mnie zbyt często , bo praca, inne obowiązki, teraz żałuję, wiem jest za późno. ..Bardzo mi żal, że nie wyściskałam Cię mocniej, nie wycałowałam gdy widziałyśmy się ostatni raz, nie powiedziałam jak bardzo Cię kocham.

Mam nadzieję, że spotkałaś się już z dziadkiem , złapał Cię za rękę i powiedział cześć moja kochana Krysieńko. Tak bardzo za nim tęskniłaś, ale też dawałaś sobie radę bez niego. Teraz niech Cię przytuli, czuwajcie nad nami, tutaj na ziemi nie zawsze jest tak jakbyśmy chcieli. Za dużo spraw, obowiązków, zapominamy o tym co naprawdę ważne, a potem bardzo często jest już za późno

Gdybyśmy wiedzieli że ktoś odejdzie za parę dni, tygodni, miesięcy, wykorzystalibyśmy każdą wolną chwilę żeby spędzić ją razem.

Mam nadzieję że tam gdzie jesteś teraz jesteś szczęśliwa, śmiejesz się, chodzisz, rozmawiasz. Tutaj na ziemi zostaliśmy my, jest ciężko bez Ciebie, ale widocznie tak miało być.

Odeszłaś szybko, nie zdążyliśmy się pożegnać, ale może tak chciałaś, żebyśmy Cię nie zatrzymywali. Smutno bez Ciebie, ale czuwaj nad nami i pozostań na zawsze w naszej pamięci w tych wspólnie spędzonych chwilach. Teraz łzy lecą z oczu i smutek wielki, ale przecież kiedyś się spotkamy i uściskamy.

Kocham Cię , jutro pogrzeb i pożegnanie, ale wiem że jeszcze się spotkamy


Luty

Luty, kolejny rok, coraz bardziej czuć wiosnę w powietrzu. Są dni, że wszystko nam się chce, są też takie, że najchętniej byśmy je spędzili pod kocem z dobrą książką i ciepłą herbatą. U nas też tak jest czasami od rana … Czytaj dalej

Nasza droga, nasze wybory

Czasami zbyt łatwo się poddajemy, uważamy że nie damy rady, że coś jest zbyt trudne, wręcz niemożliwe do zrobienia a tak naprawdę warto spróbować, niekoniecznie od razu się uda, może będzie porażka, chwila załamania, poddamy się, ale możemy poczekać i spróbować znowu i może się uda. Jeśli tak, nasza radość będzie wielka.

Panują też pewne stereotypy, że jeśli przybywa nam lat to pewnych rzeczy lepiej nie robić…Czasami słyszę takie teksty najczęściej od mojej rodziny. Że oszalałam na stare lata bo nagle tyle biegam, albo idę morsować

Praca, dzieci i inne obowiązki więc jak znaleźć czas dla siebie, przecież ledwo ogarniamy codzienne sprawy? Tak często mówimy. Nic bardziej mylnego. Musimy znaleźć czas dla siebie, dla czegoś co NAM sprawi radość, co pozwoli nam naładować się pozytywnie, bo inaczej codzienność nas przytłoczy, zabraknie nam sił, energii, będziemy czuć się źle, być może będziemy zbyt dużo jeść, pić, nie będziemy dbać o siebie, każdy dzień będzie przypominał poprzedni, będziemy chorować, lub płakać w poduchę.

Wiem po sobie , że zbyt dużo obowiązków, praca czasami nas przytłacza, ale jeśli w naszym życiu będzie też sport to naprawdę jest łatwiej i tak naprawdę poza endorfinami, zmienia się też nasza sylwetka, a co za tym idzie poprawia nasz nastrój.

Dziś udało mi się po raz pierwszy wreszcie dotrzeć na plażę, wejść do wody, wytrzymać około 3 minut w wodzie i być mega szczęśliwym że zaliczyłam swój debiut z morsowania. Było wspaniale, na pewno to powtórzę. Z tego co widzę coraz więcej znajomych biega, morsuje, robi coś dla siebie. I bardzo dobrze. Dzięki temu jesteśmy zdrowsi, bardziej szczęśliwi.

Lata mijają, na głowie pojawiają się nam siwe włosy. Czasami mamy szczęście że pomimo tego że jesteśmy już rodzicami mamy też babcie, prababcie..Starość nie zawsze jest kolorowa. Czasami okazuje się że osoba nam bliska nie poznaje nas, zapomina wiele rzeczy, ma swój świat. Czasami logicznie myśli, ale nie ma sił żeby chodzić, potrzebuje pomocy. Nie myślimy o tym co będzie gdy nas to spotka. Ostatnio bywam w domu starości bo bliska mi osoba tak wyszło że tam zamieszkała. Z jednej strony czasami robi się smutno, bo wiele osób starszych, które zebrane w jednym miejscu uświadamiają nam że starość nie jest piękna, że zmienia nas i to bardzo, bo odbiera umysł, siły..Ale jest też to miejsce gdzie można zobaczyć, że tak niewiele trzeba żeby sprawić radość innej osobie, wystarczy słowo, przytulenie, uśmiech, pomoc w drobnych sprawach i dla innej osoby życie od razu nabiera barw.

Dlatego nie bójmy się tego, nie bójmy się starości i pamiętajmy o naszych bliskich póki jeszcze są na tym świecie, drobne gesty, odwiedziny się naprawdę liczą. I nie mówmy że za tydzień, za miesiąc, że nie mamy czasu, to naprawdę tylko wymówki, a to od nas zależy żeby coś zrobić

Zebrane trochę przemyśleń w tym poście ….Mam nadzieję że ktoś przeczyta 🙂

Na koniec trochę zdjęć z dzisiejszego morsowania i nie tylko.


Uściski dla Was :-*


Zimowe kadry z Norwegii

Byliśmy tydzień w Norwegii, było pięknie zimowo, co prawda teraz też w niektórych regionach Polski zima pełną parą, ale w Norwegii nie tylko, że zima to jeszcze wspaniałe widoki, powietrze bez smogu i cudne słońce  (może nie ciągle, bo dnie dość krótkie i słońce wschodzi po 8 , jasno robi się około 9, z zachodzi już po 15).

Były sanki, wycieczka do Oslo, dwa razy, raz wspólnie z dziewczynką trochę w sprawach służbowych i przyjacielskich spotkałam się z koleżanką którą poznałam w 2013 roku w Portugalii w Porto, która jest Brazylijką i wyszła za Norwega (ach ta miłość…), a teraz mamy razem współpracować w ramach badań naukowych z zakresu logistyki :-), drugi raz wycieczka do Oslo rodzinna i spacer brzegiem morza pięknym Aker Brygge, która bardzo się zmieniło powstało nowe muzeum sztuki, piękne domy, uliczki malownicze, ławeczki, kwietniki itp itd..

Odpoczęłam, wyspałam się, budzik nie dzwonił, wstawałam o 9 (o boże jaka rozpusta) , naoglądałam mnóstwo fajnych filmów na HBO GO- między innymi serial Ślepnąc od świateł (ekstra !!) i kolejny serial Opowieści podręcznej. Obydwa mega mi się podobały 🙂  Jeśli nie widzieliście polecam, Warto obejrzeć !!!! 🙂

Naładowałam pozytywnie akumulatory, spędziłam miło czas z mężem z którym w domu różnie się układa a na wyjeździe była istna sielanka <3. trochę pobiegałam po norweskich ścieżkach, spędziłam czas z siostrą bliźniaczką, z którą rzadko się widzimy no bo ona w Norwegii , ja tutaj  w Polsce (chociaż na pewno w erze fb i whatsupp jest łatwiej )

Poniżej nasze kadry..

Tosia sylwestrowe okulary kupione w sklepie z gadżetami w Oslo, sukienka na kiermaszu w Starym Browarze, ja tunika kwiatowa z Medicine. Na Sylwestra robiłam pomidora z mozarellą, parówki zawijane i zapiekane w cieście drożdżowym (dla mięsożernych dzieci), były też oliwki, sery różne, paluchy pieczone z solą morską i ciasto kruche z owocami i kruszonką. A szwagier piekł golonkę w  swoim BIG JOE 🙂

davdavsdrsdrsdrdavsdrdavsdrdavdavfcvebdavdavsdr

davdav

davdavsdrsdrdavsdrsdrdavdavsafe_image.php_smallimg_1454_smallimg_1459_smallimg_1460_smallimg_1465_smallimg-20181231-wa0000_smallimg-20181231-wa0008_smallimg-20190101-wa0000_small

Od nowego tygodnia dużo spraw, od wtorku muszę jechać zaopiekować się babcią  która przed świętami miała nagłe pogorszenie zdrowia i nie mówi, ma trochę swój świat… lekarze mówią, że to szybko postępujące otępienie starcze, póki co organizowana jest opieka na zmianę, docelowo za jakiś czas pewnie będzie kameralny ośrodek opieki, ech starość zdecydowanie panu Bogu nie wyszła. Przykro patrzeć gdy bliskie osoby tracą kontakt z otoczeniem i tak się zmieniają… 😦

Dlatego jeśli macie babcie , dziadków odwiedzajcie ich póki możecie z nimi porozmawiać, podzielić się tym co u Was..Czas szybko leci, lata też i nagle pewnego dnia okazuje się, że Wasza bliska osoba już nie jest taka sama….

Pamiętajcie o tym , gdy będziecie mieć kolejne wymówki, że praca, że impreza, że dzieci itp…

Uściski dla Was i mam nadzieję że pomimo tego że posty u nas rzadko to jednak ktoś z Was zagląda do nas .

 

 

 

 

Psia historia

Moje dziecko napisało opowiadanie

Mnie urzekło, pisał, poprawiał, zmieniał, kilka dni siedział i jakby go nie było

pani od polskiego mówi że tak samo jak go uwielbia, tak samo ją wkurza.

Mam podobnie czasami bo z jednej strony złote dziecko, spokojny, mądry, inteligentny, z  drugiej strony uparty mega, czasami leniwy, czasami mógłby więcej sportu mieć w życie

No ale taki jest, kocham go, mam już nastolatka w domu, który ma swoje zdanie, czytam Jula żeby go lepiej zrozumieć, patrząc na innych nastolatków i tak jestem wdzięczna że mam go takiego. Potrafi nawet matki roztrzepanie czasami ogarnąć. Do taty coraz bardziej podobny, etap ma teraz taki że mało chce mówić, czasami mnie martwi, ale też czasami zadziwia jak się rozgada i opowiada, opowiada. Najważniejsze to wysłuchać, poświęcić uwagę, bo jeśli czasu nie ma i w biegu i pędzie, to potem już zamyka się w sobie i nie chce mówić

Uwielbia naleśniki i pierogi i sok pomarańczowy i serek oscypek i babkę i sernik którą pieczemy sami.

Poniżej jego opowiadanie, mnie urzekło, nie przepisuję go, mam nadzieję że się doczytacie, rysunki malowaliśmy razem, a tekst i fabuła w pełni autorska mojego syna, lat 11.

Bohaterowie opowiadania Pies, Kundelek i myszoorzeł 🙂

 

 

IMG_1370_post_smallIMG_1368_post_smallIMG_1371_post_smallIMG_1372_post_smallIMG_1373_post_smallIMG_1376_post_smallIMG_1375_post_small