Czasami wpadam po uszy

Uwielbiam książki, piękne ilustracje, czytać je , przeglądać, delektować się, kartkować, na półce układać

Oczywiście poza wszelaką literaturą mniej lub bardziej kobiecą , kocham i kolekcjonuje różne książki kucharskie

Zachwycam się ich zdjęciami, formą wydania. A od czasu do czasu siadam przeglądam książki,gazety, blogi i jak zacznę gotować i pitrasić to nie mogę skończyć.

Książek kucharskich mam dużo i ciągle gdy jakąś piękną wypatrzę, która mnie zachwyci kupuję. Są też gazety takie jak Kukbuk, czy blogi kulinarne..

IMG_5129 do postu_small

IMG_5180 do postu_small

IMG_5184 do postu_small

Wiem wiem to taka kolejna pasja..która przychodzi sezonowo, tak samo jak inne szycie, malowanie, zmiany w domu..

W ciągu kilku ostatnich dni powstały pyzy własnej roboty, pyszny gulasz w komplecie z nimi, pączki nadziewane dżemem, zupa Bozpaszi, sałatka z serem i pieczonymi burakami.

Pyzy zrobione na bazie przepisu znalezionego TUTAJ

Wyszły super, część zamroziłam i powiem Wam że do tej pory jakoś nie miałam odwagi ich robić, a teraz jak tylko będę miała czas będę robić sama i gotowych nie kupować. Bo różnica w smaku niebo a ziemia. A naprawdę mega proste.

Tylko nerwicy się nabawiłam bo nie miałam pojęcia że drożdże tak szybko z garnka wychodzą i potem musiałam pół blatu szorować 🙂IMG_5176 do postu_small

IMG_5177 do postu_small

A do nich zrobiłam pewną modyfikację gulaszu z Kukbuka który zwał się Kociołek dla Krasnoludów. Urocza nazwa prawda? .

U mnie nie było mieszanek różnych mięs tylko mięso z szynki i do tego kiełbasa wiejska podwędzana.  I robiłam bez kminku i bez papryki żeby dzieci z chęcią jadły 🙂

IMG_5128 do postu_small

IMG_5127 do postu_small

IMG_5132 do postu_small

A ponieważ w związku z moją wątrobą jedzenie buraków mile widziane dlatego powstała sałatka z burakami. Przepis z książki Pysznie bez glutenu.

Modyfikacja taka, że zamiast suszonych pomidorów dałam normalne, i słonecznik i oliwki tylko sobie dałam żeby mój małżonek zjadł.

IMG_5125 do postu_small IMG_5126 do postu_small IMG_5133 do postu_small

A dziś ugotowała się zupa Bozpaszi. W oryginale była z jagnięciną ale u nas  własnoręcznie mielone z indyka.

Przepis również z Kukbuka

Składniki:

2 duże cebule, 3 ząbki czosnku, łyżeczka kurkumy, łyżeczka kolendry z pieprzem, łyżeczka płatków suszonej papryki, odrobina chili, 2 l bulionu, 2 woreczki ryżu ugotowanego, kasza perłowa 200 g, mięso mielone z indyka ok 3/4 kg, sól, pieprz, puszka krojonych pomidorów plus 3 duże pomidory świeże, jogurt grecki, świeża kolendra

Cebulę drobno pokroić, czosnek wycisnąć wymieszać z kurkumą, kolendrą z pieprzem, płatkami papryki, chili, podsmażyć na oliwie na patelni. dodać 2 litry bulionu, puszkę pomidorów i pomidory obrane ze skórki pokrojone w kostkę, wsypać kaszę perłową. gotować na małym ogniu.

Mięso mielone wymieszać w misce z ugotowanym ryżem, przyprawić solą, pieprzem, dodać 1 jajko, odrobinę tartej bułki, zagnieść i formować klopsiki. ( U nas część była mała do zupy, reszta trochę większa smażona na patelni. )

Klopsiki małe wrzucać do zupy i gotować ok 30 min aż wszystko zmięknie. Podawać z jogurtem greckim i świeżą kolendrą !. Mniam ❤

IMG_5185 do postu_small

IMG_5188 do postu_small

IMG_5189 do postu_small

IMG_5193 do postu_small

I na koniec jeszcze pączki na deser. Bomba kaloryczna, ale chyba zawsze lepiej własnej roboty niż kupne 🙂

Przepis z książki White Plate. Takiego jak tutaj . U nas powstały z konfiturą truskawkową i powidłami. I cukrem pudrem. I  dżem częściowo przed pieczeniem a częściowo nadziewałam po.

Niestety nie mogę ich za bardzo jeść bo smażone w tłuszczu.

Ale dzieci uwielbiają i mąż też chociaż mówi że go pasę 😉 No i rozdam wśród rodziny itp.

IMG_5197 do postu_small IMG_5199 do postu_small

I jak zgłodnieliście pewnie?  Tak u nas na blogu kulinarnie dzisiaj z różnymi inspiracjami.

A poza gotowaniem dużo dużo czytam, Ostatnio pochłonęłam w trzy dni Alice Munro – Przyjaciółka z młodości i Leri Nelsen Spielman – Lista marzeń.

Każda z nich inna, wyjątkowa, taka że chce się skończyć, przeczytać do ostatniej strony, odłożyć i pewnie za jakiś czas wrócić znów i znów…

IMG_5200 do postu_small

Na koniec Wam jeszcze napiszę że albo mój mąż czyta mojego bloga pomimo, że się nie przyznaje, albo przez żołądek do serca, bo przecież żona gotuje ostatnio, sprząta i w ogóle miła jest i dlatego od jakiegoś czasu pomimo postu Dwoje ludzi wiosna rozkwitła w naszym związku..Mam nadzieję że zostanie na dłużej.

Ameryka Północna_muzycznie_Dziecko na warsztat rusza w podróż

Kolejna odsłona warsztatów Dziecko na warsztat rusza w podróż,

Od początku miałam średnie nastawienie muzycznie nie jestem dobra i to nie moja dziedzina

Poza tym chłopiec dużo choruje , chorował ostatnio.

Więc praktycznie nasz warsztat powstał w niedzielę. Głównie uczestniczyła dziewczynka, chociaż chłopiec trochę też.

Dobrze się złożyło, bo dzieci miały ochotę stworzyć coś z papieru, porysować

Bo przecież muzycznie nie znaczy tylko śpiewać można podziałać kreatywnie z dziećmi

Ameryka Północna to oczywiście z punktu widzenia moich dzieci to przede wszystkim Indianie no i to że mama kiedyś tam była 😉

Zaczęliśmy od stworzenia pióropusza dla Tosi.

IMG_5136 do postu_small

IMG_5138 do postu_small

IMG_5173 do postu small

IMG_5172 do postu small

Zamyślona indianka już trochę zmęczona..

Jak przeczytaliśmy muzyka Indian przekazywana była z pokolenia na pokolenie, „z ust do ust”. Jedyną formą zapisu treści muzycznej były obrazki na korze brzozowej.

Najbogatszy folklor muzyczny mają Irokezi z płn.-wsch. stanów USA i Kanady oraz Indianie Seminola z Florydy. Wszystkie plemiona indiańskie wierzą w magiczne działanie muzyki.

Typowe instrumenty w Ameryce Północnej to amerykańskie tobanjo, gitara, proste skrzypce, cymbały, cytra, flety, bębny.

Różne piękne indiańskie bębny oglądaliśmy na przykład TUTAJ KLIK

Własne bębny i gitarę już kiedyś z dziećmi robiliśmy. A także flet ze słomek

Podczas zeszłej edycji DnW – w poście muzycznym tutaj

Jednym z instrumentów który nas zaciekawił to Kije deszczowe , zaklinacze deszczu

Kij deszczowy – jest to instrument wykonany z egzotycznego drewna. Imituje on krople spadajacego deszczu poprzez ziarenka owoców, które przesypują się z góry na dół wewnątrz kija. Może być używany również jako grzechotka. Okręcając instrument wokół własnej osi lub przechylając go z góry na dół, znajdujące się wewnątrz ziarenka przesypują się wydając bardzo przyjemne dla ucha dźwięki.

Do naszej wersji wykorzystaliśmy- długą tubę z kartonu, kredki, taśmę klejącą, papier , ziarenka cieciorki, kolorowy papier

IMG_5141 do postu_small

IMG_5142 do postu_small

IMG_5143 do postu_small

IMG_5145 do postu_small

IMG_5146 do postu_small

IMG_5161 do postu_small

IMG_5160 do postu_small

Dziś dziewczynka z pióropuszem i swoim instrumentem pomaszerowała do przedszkola 🙂

Zrobiliśmy też nasz instrument z łupiny orzecha włoskiego, gumki i patyczka. To był pomysł Kuby który natknął się na taki rysunek gdy szukaliśmyu inspiracji w Internecie.

Inspiracją był rysunek

nut-instrument

Nasza wersja trochę prostsza ale też grała 🙂

IMG_5152 do postu_small

IMG_5156 do postu_small

Skoro pióra i pióropusz i kreatywne prace to czemu nie tuba do dmuchania ozdobiona papierowymy piórami,

Coś dla mojego małego szamana który prosi o ładną pogodę i żeby już przyszła wiosna.

Kuba też stworzył sobie własny kołczan na strzały z tuby i sznurka 🙂

IMG_5139 do postu_small

IMG_5158 do postu_small

IMG_5157 do postu_small

no i na koniec cymbałki, wykorzystaliśmy konstrukcję drewnianą która zimą była częścią naszego kalendarza adwentowego .

Do tego różne kredki, patyczki drewniane i można grać

IMG_5167 do postu+small

IMG_5169 do postu Small

IMG_5170 do postu small

IMG_5165 do postu_small

Oczywiście można by w temacie muzyki powiedzieć coś o country, muzyce gospel, posłuchać znanych piosenek. Może innym razem coś jeszcze wymyślę w tym temacie.

Choć śpiewać nie mogę bo już nawet moje dzieci jak coś śpiewam mówią „Maaamoo, nie śpiewaj ”
🙂

Ale mam małą artystkę w domu. A i Kuba ma lepszy dar do śpiewania, chociaż głównie dziewczynka śpiewa, nuci, wyśpiewuje, wiersze opowiada, maskotkom śpiewa piosenki z przedszkola

Oczywiście zapraszamy Was do innych mam, z których część odpadła już z warsztatów dlatego tym bardziej kibicujemy tym które zostały.

Bo chcieć to móc nawet gdy wszystko składa się przeciwko:-)

Poniedziałek znów nadszedł. Oby te tydzień przyniósł same pełne uśmiechu dni !

 

Sobotnio, rogaliki

Lubię te leniwe poranki weekendowe

Jeszcze bardziej jak tata jedzie od rana do pracy i zostaję sama z dziećmi.

Dlaczego? Bo tata od rana goni żeby się ubierać w rzeczy, że już już..i jakoś nie może zrozumieć że lepiej się nie śpieszyć, że pół dnia w pidżamie to nie zbrodnia.

Dziś od rana dzieci bawią się, książeczki oglądają, klocki budują, a mama jeszcze w łóżku z książką się wyleguje

Potem łóżka ścielimy, w pidżamach idziemy na dół, śniadanko szykujemy, ubieramy dopiero potem, w pidżamach jeszcze chodząc po domu, czytając, puzzle układając

W weekendy często coś wspólnie w kuchni robimy

Dzieci od razu z pufami lecą do kuchni, fartuszki zakładają, mąkę sypią, wałkują ciasto, pomagają

Dziś wspólnie zrobiliśmy rogaliki, ciasto na pół podzielone- jedna część dziewczynki, druga chłopca, wałkowanie, wycinanie, powideł śliwkowych nakładanie, zawijanie , do piekarnika i po 15 minutach pyszne rogaliki.

Część została w domu, część ze mną i dziewczynka pojechała do prababci gdzie spędziłyśmy popołudnie i wieczór.

A przepis na rogaliki bardzo prosty:

2 i 1/4 szkl mąki orkiszowej białej

1/4 szkl. cukru pudru

20 dkg masła

2 łyżki gęstej śmietany

2 żółtka

Nadzienie- powidła śliwkowe najlepiej własnej roboty:-) , cukier puder do posypania

Zagnieść na jednolitą masę. Zawinąć w folię i min na godzinę do lodówki. Podzielić na 3 części. Rozwałkowywać. Wykrawać kółka i potem dzielić na ćwiartki lub wykrawać od razu trójkąty. Nakładać powidła od szerszej strony i zawijać. Piec ok 15-20 min w temp. 180 stopni. (u nas było bardziej 20 min po 15 były jeszcze dość blade), po wyjęciu z piekarnika posypywać cukrem pudrem i gotowe , mniaaam! przepyszne.

A powidła śliwkowe też dzieciom smakowały zajadały je prosto ze słoika jeszcze podczas robienia rogalików:-)

IMG_5100 do postu_small IMG_5101 do postu_small IMG_5102 do postu_small IMG_5105 do postu_small IMG_5106 do postu_small IMG_5108 do postu_small IMG_5109 do postu_small IMG_5111 do postu_small IMG_5113 do postu_small IMG_5119 do postu_small IMG_5121 do postu_small

Jutro niedziela. Planów szczególnych brak. Będziemy odpoczywać. Puzzle układać, w memory grać i jeszcze coś wymyślę bo w poniedziałek kolejna edycja Dziecka na warsztat a na razie nic w tym kierunku nie działaliśmy.

Mam nadzieję że odpoczywacie i łądujecie akumulatory, Ściskamy Was i za każdy komentarz, odwiedziny dziękujemy ❤

Dwoje ludzi

Czasami żyć bez siebie nie mogą,

czasami mijają się i żyją obok siebie i już nie są razem tylko ciągle z dala, na dystans

Dwa odrębne światy, które zrozumieć by się chciały, ale bez kompromisu i chęci słuchania im to nie wychodzi

Ja czasami sama niestety wolę być, bo nerwus ze mnie i potem cała lista spraw która mi przeszkadza: że ta druga osoba mlaska, że kanapę z pilotem okupuję, że czepia się itp itd.

Potrafię awanturę zrobić o błachostkę.

Różnie między nami bywało o czym na przykład świadczy post napisany pod wpływem emocji Dlaczego..

Z jednej strony kłótnie i marudzenia na siebie, z drugiej ciągle widzę błysk w oku (przynajmniej czasami) i słyszę słowa i tak Cię kocham.

Nie jest jak kiedyś, wiele się zmieniło, czasami szaleństwa mi brak i codzienność, rutyna, brak spontaniczności powoduje że gdzieś uśmiech znika, że twarz szarzeje, z oczu znika śmiech.

Ale przecież wszystko można zmienić, chyba jeszcze..

Lata mijają, czasami myśli przychodzą, o osobach które były w naszym życiu.

Czasami czytam słowa innych o takiej miłości wręcz idealnej. I wtedy sobie myślę, czy to możliwe..jakoś nie wierzę

Ale gdyby nie ta osoba nie miałabym dwóch słodkich istot koło siebie, jest wspaniałym ojcem i pomimo że od pół roku przez moją terapię jestem nie do wytrzymania, to on wiele razy pierwszy wyciąga rękę.

Potem z kolei tak mnie wkurza, że w kosmos bym wysłała.

Czasami każdy z nas potrzebuje zbudować swój własny świat, do którego kompletnie nikt nie ma wstępu, w tym świecie chcemy być tylko my, nasze myśli, pasje, marzenia.

Kiedy posiedzimy tam trochę, dopiero możemy wyjść na zewnątrz i słuchać, rozmawiać, być razem z innymi.

Niestety ja ostatnio na zbyt długo się zamykam w takim świecie, bo ochoty na rozmowę nie mam z nikim, bo najlepiej czuję się z książką, bo jakoś tak już jest. Wycisza mnie też szycie, czasami wpadanie w wir obowiązków, działanie na pełnych obrotach.

A tak mi się zebrało żeby parę słów takich od serca napisać.

Dziś z chłopcem w domu siedzimy, chorujemy, wirus nas złapał, inhalacje robimy, syropy popijamy. Teraz chłopiec śpi a mama posta skrobię.

A pewna książka która opisuje tych Dwoje ludzi różnych..poniżej.

IMG_5022_do postu_small

IMG_5023 do postu_small

IMG_5024 do postu_small

IMG_5025 do postu_small

IMG_5026 do postu_small

IMG_5027 do postu_small

IMG_5028 do postu_small

IMG_5029 do postu_small

IMG_5030 do postu_small

IMG_5031 do postu_small

IMG_5032 do postu_small

IMG_5033 do postu_small

Jest taka książka która pięknie ujmuje w słowa kim możemy dla siebie być, kim jesteśmy…

Dziś tak od serca parę słów. Kolejny post będzie inny 🙂

Albumy, zdjęcia

Ile to chwil chcielibyśmy przypomnieć sobie lepiej bo gdzieś jak przez mgłę w oddali czasami do nas przychodzą na jawie lub we śnie i potem skupiamy się mocno i już nie pamiętamy imion, nie pamiętamy dat, już nawet nie jesteśmy pewni czy to naprawdę kiedyś się działo

Mija rok za rokiem, coraz więcej wspomnień, coraz więcej momentów i tych codziennych i tych niezwykłych, które często już nigdy się nie powtórzą, które są tu i teraz i w naszej gestii jest dać im pamięć na kolejne lata.

Dlatego właśnie uwielbiam zdjęcia, albumy mam z dzieciństwa moich dziadków, rodziców, swojego, teraz tworzę, wklejam, wywołuję zdjęcia moim dzieciom, rodzinie..

Uwielbiam takie albumy tradycyjne bez żadnych folii gdzie sama wklejam to co chce, piórem opisuje, wycinam serduszka, koronki, czasami stare zaproszenie z urodzin, rysunki moich dzieci, kartki z życzeniami, bilety na metro czy do zoo wklejam.

Ostatnio nadrobiłam jakieś 3 lata..przejrzałam mnóstwo katalogów zdjęć, wybrałam około 300, wysłałam do empiku on line i za jakiś tydzień odebrałam gotowe zdjęcia, cenowo bardzo bardzo korzystnie i jakościowo też 🙂

Wszystkie zdjęcia wklejone, nie wszystkie opisane, ozdobione, wszystko w swoim czasie..

20150108_185826_small

IMG_5057 do postu_small

IMG_5058 do postu_small

IMG_5059 do postu_small

IMG_5061 do postu_small

IMG_5062 do postu_small

IMG_5063 do postu_small

IMG_5035 do postu_small

IMG_5037 do postu_small

IMG_5039 do postu_small

IMG_5041 do postu_small

IMG_5044 do postu_small

IMG_5045 do postu_small

IMG_5046 do postu_small

IMG_5049 do postu_small

IMG_5053 do postu_small

IMG_5055 do postu_small

IMG_5056 do postu_smallAlbumowy prezent zrobiliśmy też dziadkom na ich święto.

W albumie znalazło się parę zdjęć wnuków z różnych okresów,

laurki od Kuby i Tosi,

odciski ich rączek i dużo miejsca na kolejne zdjęcia .. ❤

dzien babci zdjęcia albumy_DO POSTU_2015 styczen1_small

IMG_5076 do postu dla babci_small

IMG_5077 do postu dla babci_small

IMG_5078 do postu_small

IMG_5079 do postu_small

IMG_5080 do postu_small

dzien babci zdjęcia albumy_DO POSTU_2015 styczen_small

IMG_5082 do postu_small

A na koniec jeszcze Wam pokażę pewną magiczną jak dla mnie książkę.. Królestwo dziewczynki, Iwony Chmielewskiej.

Ostatnio przybyło mi trochę sztuk w bibliotece głównie do czytania, ale ta jedna pozycja raczej do odłożenia na półkę, kiedyś pokazania Tosi..

IMG_4997 do postu_small IMG_4998 do postu_small IMG_4999 do postu_small IMG_5001 do postu_small IMG_5005 do postu_small IMG_5007 do postu_small IMG_5009 do postu_small IMG_5015 do postu_small IMG_5020 do postu_small IMG_5021 do postu_small IMG_20150120_132024_small

Dziś się trochę podłamałam bo po wizycie w szpitalu i lekarza dowiedziałam się że minimum do końca czerwca jeszcze muszę się męczyć z zastrzykami, lekarstwami i moją terapią, że miesiąc 8 terapii czyli luty będzie ciężki bo podobno zawsze tak jest, poprawia się, pogarsza..

Więc muszę się uzbroić w cierpliwość której ostatnio u mnie prawie nie ma. Ale może joga pomoże, melisa..czas pokażę.

W kolejnym poście będzie trochę też książkowo..i domowo pachnąco rodzinnie.

Dziękuję wszystkim za odwiedziny i czasami dawajcie znak że czytacie wpadacie bo od wielu osób to słyszę, czytam tylko mówią że nie komentują a to bardzo miłe dla mnie 🙂

Plany

Zachciało mi się zmian. Chciałabym żeby rzeczy które dla Was szyję znalazły swoje miejsce gdzieś w necie, od ponad roku mam swoje metki. Do tej pory zamówienia na maila

Marzy mi się jednak sklep , swoja strona.

Na razie zielona jestem w tej kwestii, ale będę się radzić osób które już taki sklepik mają.

Na razie powstał na fb osobny fanpage dla moich szytych rzeczy Myhomeandheart_handmade.

Który po kilku dniach istnienia ponad 200 osób lubi, oczywiście marzy mi się więcej. 🙂 Chociaż poza lajkami ważniejsze są Wasze zamówienia, które z wielką przyjemnością realizuje, szyję.

Mam już swojego owerlocka. Kupiłam Janome 744D. Więc w planach szycie rzeczy więcej, bo wreszcie będzie można je profesjonalnie wykańczać.

W najbliższym czasie powstaną spódniczki tiulowe dla mamy i córki, spodenki dresowe dla chłopców, bluza dla mamy z kapturem i z kominem..

Może Wy macie jeszcze jakieś propozycje co potrzebujecie, co byście chcieli? Z chęcią spróbuję uszyć. Coś dla Waszych maluszków, starszych chłopców, dziewczynek, a może mam?

IMG_4984_small

koperta_small

Laura_small

Laura_c_small

Laura _B_small

Laura_A_small

pieczatka_small

rybkiz kuchenką_small

rybki_small

rybkiA_small

rybkiB_small

piórnik2_small

breloczek_smallmy home and heart_ WIZYTÓWKA1

Miłego weekendu Wam życzymy. U nas trochę choroby nas męczą. Wpierw chłopiec chorował, teraz ja.

W środę byłam pierwszy raz na jodze i było super. Kupiłam karnet i raz w tygodniu będę przez 1,5 h się męczyć. Oprócz tego ćwiczę w domu..

Z nowości włosy u mamy skrócone, pofarbowane na jaśniejszy rudy kolor. Bardzo mi się podoba, Przy okazji Wam pokażę 🙂

Chałka i nie tylko

Weekend mija trochę w pracy, trochę pracy w domu i też trochę czasu na krzątanie się po kuchni, granie w gry z dziećmi, puzzli układanie, porządki i twórczość własną.

Dostałam przepis od koleżanki na chałkę, więc musiałam go oczywiście wypróbować.

Oprócz tego modyfikując przepis z książki Pysznie bez glutenu upiekłam paluchy kruche z sezamem i solą morską.

Na chałkę potrzebujemy:

500 g mąki, 30 g drożdży,

1/4 l mleka, 60 g płynnego masła, 60 g cukru

2 jajka, 1 łyżeczka soli, 1 żołtko i 1 łyżka wody do smarowania

Żeby ciasto dobrze wyrosło, masło, jajka i mleko wyjąć wcześniej z lodówki żeby się ogrzały w temperaturze pokojowej.

Mąkę przesiać do miski, zrobić zagłębienie w środku wkruszyć drożdże, wlać letnie mleko, rozpuścić drożdże i zmieszać z niewielką ilością mąki. Przykryć i odstawić na ok 15 min. Jajko, masło i cukier wymieszać. Dodać do rozczynu. Wymieszać łyżką drewnianą i trochę wybijać ciasto żeby składniki się połączyły. Potem energicznie wyrabiaćciasto ręką aż będzie odstawać od ręki. Uformować kulę oprószyć mąką, nakryć ściereczką i odstawić na ok 30 min. Po czym znów krótko zagnieść oprószyć mąką i znów pod ściereczką ok 30 min. Nagrzać piekarnik do 170-180 stopni termoobieg.

Na blachę papier do pieczenia. Podzielić ciasto na 3 części ukulać wałki na końcach cieńsze, Zapleść warkocz. Roztrzepać wodę z żółtkiem, posmarować chałkę.

Pozostawić jeszcze 10 min do wyrośnięcia i piec ok 30-35 min na środkowym poziomie piekarnika

Z kolei PRZEPIS NA PALUCHY.

Składniki:

7 łyżek mąki pszennej razowej i 5 łyżek mąki gryczanej, jajko, 5 łyżek masła, 6 łyżek białego puszystego serka, 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia, sól morska i sezam po ok 1 łyżeczki.

Jajko, mąkę, proszek do pieczenia i masło wymieszaj i wyrób razem, dodaj serek wyrabiaj dalej. Jeśli to konieczne podsypuj mąką. Najlepiej wyrabiać na stolnicy lub blacie. Formować kuleczki wielkości piłeczek do ping ponga i rolować formułąc wałeczki o grubości kredek bambino 🙂 Obtoczyć je w sezamie i soli morskiej

Nagrzać piekarnik do 180 stopni, piec wałeczki na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia ok 15-20 min.

Podawać można same lub z dobrym dipem. Ja zrobiłam do nich pastę jajeczną.

IMG_4914_do postu_small

IMG_4913 do postu_small

IMG_4923 do postu_small

IMG_4922 do postu_small

IMG_4924 do postu_small

IMG_4926 do postu_small

IMG_4935 do postu_small

IMG_4936 do postu_small

Wyszło dobre, ale chałkę powinnam dłużej wyrabiać żeby wyszła bardziej puchata. Ale to następnym razem 🙂

Zainspirowana pomysłem na pinterest stworzyłam sercową aplikację którą wykorzystam szyjąc coś niedługo.

IMG_4928 do postu_small

IMG_4929 do postu_small

IMG_4931 do postu_small

IMG_4932 do postu_small

IMG_4933 do postu_small

IMG_4934 do postu_small

A z serca powstała taka poducha zapinana na guziczki i z zakładką.

IMG_4946 do fb_small IMG_4948_small IMG_4949_do fb_small

Powoli pościągałam część dekoracji świątecznych w domu.

Choinka jeszcze stoi, a tak to juz tęsknimy za wiosną. Dlatego po całym domu stoją doniczki z hiacyntami, narcyzami, szafirkami..Czekam aż zakwitną i ich zapach będzie się roznosił wszędzie. Uwielbiam

W planach mam jeszcze szycie paru nowych rzeczy do domu. Będzie coś do domu i coś do ubrania..dla dzieci , mamy. I poduchy nowe mi się marzą. I kolejne pomysły na zmiany w domu mam. Ale o tym w kolejnych postach.

IMG_4905 do postu_small IMG_4906 do postu_small IMG_4907 do postu_small IMG_4909 do postu_small

Pomimo aury za oknem życzę Wam dużo sił i uśmiechu na codzień.

Dziękuję, że mnie odwiedzacie, czytacie, komentujecie. ❤

Pamiętnik pradziadka ciąg dalszy..

Jakiś czas temu już prawie 2 lata temu zamieściłam post z wycinkiem pamiętnika pradziadka i zdjęciami.

Obiecałam kilku osobom, że dodam kiedyś kolejne fragmenty.

Zamieszczam teraz wersję bardziej obszerną.. Kto będzie z Was miał ochotę może się zaczyta..

„Spisał Franciszek Rychter:
Moje notatki z przeżycia i różnych zdarzeń.
Mój dziadek Walter Rychter urodził się we wsi Ozimek w pow. Opole.
Tam też urodził się mój ojciec Józef w roku 1870.
W roku 1885 mój ojciec przesiedlił się do Przystani w pow. Częstochowa i pracował we dworze jako kowal.

Tam też ożenił się z Józefą Małczak ze wsi Wilczogóra gdzie pracowała jako pokojowa we dworze.
Po kilku latach przenieśli się całą rodziną tj. dziadkiem i babcią, moimi rodzicami i dwiema siostrami ojca – Heleną i Władysławą do Juliampola leżącego na trasie Częstochowa- Wieluń.

Tam zamieszkali wszyscy razem w budynku karczmy pod nazwą „Wygwizdów”.

Dziadek Walter pracował jako karczmarz a ojciec Józef jako kowal. Ten budynek stoi tam do dzisiaj.

Po dwóch latach moi rodzice, z powodu waśni rodzinnych, przenieśli się do Trębaczowa w pow. Pajęczno.

Tam ojciec pracował jako kowal.
Po roku przyjechał po ojca dziedzic Madaliński z Juliampola, prosząc go, by wrócił do niego z powrotem, obiecując większą pensje i deputat.
Ojciec zgodził się i po paru dniach przewieźli go do Juliampola.
W tamtych czasach obszarnicy dbali o kowali, ze względu na to, że brak było pracowników w tym zawodzie.
Tam rodzice otrzymali 2-izbowe mieszkanie, 12 korców zboża, 1 morgę pola pod ziemniaki, 10 metrów kubicznych drzewa, 2 krowy i 1 cielę i 15 rubli miesięcznie.
Po 3 latach, w 1901 roku z nakazu rządu carskiego, wywłaszczono dziedzica Madalińskiego i rozpalcerowano jego dwór.
Ziemie podzielono na 3,5 i 8 hektarowe działki, płatne z góry po 100 rubli za 1 ha a reszta spłaty na raty przez 25 lat.
Pierwszeństwo nabyciu działki mieli pracownicy dworu a resztę mogli wykupić inni np. niemcy, żydzi itp.
Mój ojciec Józef wykupił 5 ha, kuźnie i stelmaszke, z której wybudował chatę, chlew i stodołę z lasu działki.

Po kilku latach dokupił jeszcze 3 ha od parcelanta Mońka.
Tu ja się urodziłem 5 czerwca 1903 roku.
W 1913 roku rodzice odpisali pierwszą ( 5 ha) działkę pierworodnej córce Krystynie ( mojej siostrze) wraz z budynkami.
Na pozostałej ziemi pobudowali najpierw stodołę a w 1915 roku chatę do której mieliśmy się wprowadzić w lipcu. Lecz w przeddzień ja zachorowałem na dur brzuszny ( krwawa biegunka ) a dzień później młodszy odemnie brat i siostra, którzy po 4 dniach zmarli. Po dwóch dniach od ich pogrzebu zachorował mój kochany ojciec, który po 6 dniach zmarł.
Dopiero po 2 tygodniach przeprowadziliśmy się do nowego gospodarstwa. Nas troje: mama, ja, młodsza siostra( starszy ode mnie brat i siostra byli w Niemczech).
Zaczęła nas bieda gnębić. Na lekarstwa sprzedano konia i krowę.
Jednak w drugim roku 1 wojny światowej nadarzyła się możliwość zarobienia trochę pieniędzy. Niemcy zrobili granicę pomiędzy Juliampolem a Szarkami na styku powiatu Częstochowskiego i Wieluńskiego i nie przepuszczali produktów żywnościowych.
Więc mama, starszy brat Stachu i ja przemycaliśmy Żydom w Szarkach krowy, cielęta i drób by zarobić trochę marek.
Ale gdy w 1918 roku skończyła się wojna – skończył się też przemyt. Brat Władysław i siostra Marynka wrócili do domu.
Mama wyszła za mąż z Wawrzynem Prudło z Jaworzna ( sąsiednia wieś) i tam się przeniosła zabierając tylko najmłodszą siostrę Andzie. Ja miałem pójść na służbę do szwagra Drosika skąd po 2 latach ciężkiej pracy uciekłem do mamy do Jaworzna.
Tam po 4 miesiącach, aby nie być ciężarem dla ojczyma, nawiązałem kontakt ze znajomym Żydem ( któremu w czasie wojny przemycałem bydło ) z Kłobucka. On jeździł po jarmarkach kupować bydło dla wojska w Praszce, Wieluniu, Wieruszowie w Rudnikach i Koblinie.
W Rudnikach było nas 3 i mieliśmy nieraz po 45 sztuk. Trasa z Wieruszowa do Kłobucka trwała 2 dni i dwie noce z przerwami 3 razy na dobę. Po 3 miesiącach zaniemogłem na nogi i zrezygnowałem.
Ojczym był budowniczym domów i zatrudniał mnie, lecz grosza nie dał.
Zacząłem więc szukać jakieś służby. Znalazłem ją u leśniczego w Kluskach, jako parobek do koni.
Leśniczy, stary, już 68 letni miał syna , który wszystko za niego robił. Jednak, gdy został powołany do wojska i poszedł na wojnę bolszewicką, gdzie zginął mój brat Władysław, to leśniczy Michał Jaskulski wystąpił do nadleśnictwa o przydzial mnie na pomocnika. Tam, po przesłuchaniu zawarto ze mną umowę z wynagrodzeniem 400 zł i umundurowaniem ( 400 zł to równowartość 5 par butów).
Doglądałem robotników leśnych i kobiet pracujących w szkółkach raz w nocy pilnowałem z dubeltówką lasu przed złodziejami.

Po kilku tygodniach poznałem Jana Kwała z sąsiedniej leśniczówki, z którym razem pilnowaliśmy i marzyliśmy o przyszłości. Ja chciałem pozostać na ojcowiźnie, lecz nie miałem pieniędzy na jej spłatę. Poradził mi, by przyłapawszy na kradzieży zlodzieji nie zgłaszać Jaskulskiemu. Niech zapłacą za milczenie. Bo on też wzbogacił się z takiej fuchy.

Chodziliśmy razem, bo w nocy po naszych lasach graniczących z lasami hrabiego Potockiego w Parzymiechach grasowało wielu kłusowników.
Tak nielegalnie „ zarobiłem” 2500,-zl co wystraczylo już na spłatę brata i 3 sióstr.
Pewnej nocy wyśledził mnie mój pan Jaskulski, gdy przyjąłem 1000,- zł od zlodzieji z 4 wozami kradzionego drewna. Zrobił to w ukryciu i przemilczał do powrotu jego syna Lucjana z wojny w kwietniu 1921 roku.
Nazajutrz zabrał mnie bryczką do swojego zięcia Rykalskiego w Rudnikach. Tam, jak nigdy nic zjadłem z nimi śniadanie przy kieliszku. Niespodziewanie wszedł komendant policji. Gdy zostałem z nim sam, wyjął kartkę papieru i mówi: Słuchaj Franek: pewnego dnia kilku chłopów wywiozło 4 wozy pełne drewna z Grabowej a ty byłeś tam. Kiedy zaprzeczyłem komendant przywołał Jaskulskiego. Ten potwierdził, że widział to z ukrycia. Zmuszano mnie do ujawnienia nazwisk tych chłopów, by ci zapłacili za kradzione drewno a wówczas nie będzie sprawy sądowej. Wówczas zrozumiałem, że te pieniądze pójdą do ich kieszeni. Kiedy zdradziłem ich nazwiska komendant zabrał mnie na posterunek i kazał dyżurnemu policjantowi pilnować mnie do czasu przybycia tych złodziei. Obawiałem się, że będą mnie przeklinać i nie zapłacą drugi raz. Pozostało mi jedynie stąd uciec.

Za chwilę przyszedł porucznik Tadeusz, narzeczony córki Jaskulskiego i za zobowiązanie na
piśmie, że dostarczy mnie z powrotem – zostałem zabrany przez niego znów do Rykalskiego na obiad.

Tam, pod pretekstem wyjścia do ubikacji – uciekłem znów do leśniczówki zostawić mundur leśniczego i zapakować swoje cywilne rzeczy do walizki. Niespodziewanie pojawił się tam mój ojczym po pieniądze dla mamy. Dałem mu 50 zł i że uciekam – napisze zaraz jak się gdzieś urządze. Wychodząc przez kuchnię, walizkę wyrzuciłem przez okno w krzaki a gosposi powiedziałem, że wracam do Rudnik.

Wtem usłyszałem: Stój! Ręce do góry!. Za mną stał policjant dyżurny i porucznik Tadeusz i Jaskulski na wozie. Ordynarnie mnie wyzwali i kazali zaprzęgać konia i nakarmić go w stajni. Gdy oni rozmawiali przed stajnią ja wydostałem się przez dach z drugiej strony, zabrałem walizkę z ogródka i uciekłem do lasu.
Po chwili, upewniwszy się, że mnie nie znaleźli udałem się w stronę Wielunia. Po przenocowaniu w Pątnowie postanowiłem iść w poznańskie.
Doszedłem do Oszczeszowa, w pow. Ostrów Wielkopolski i tam po noclegu w domu noclegowym i 3 maja 1921 r. dotarłem do wsi Pieczyska. To już blisko granicy polsko-niemieckiej. Próbowalem tam przenocować, lecz w kilku gospodarstwach mi odmawiano.

Wreście na kolejnym podwórzu spotkałem chłopa, który przestraszony powiedział: Człowieku jak ty się tu dostałeś, czy ty nie wiesz, że 100 m za moją stodołą jest granica?! Tu strażnicy obcych zatrzymują a nam nie wolno nikogo nocować!. Po długich prośbach o litość, że już ciemno, nie mam dokąd iść – gospodarz pociągnął mnie za chałupę i pyta skąd idę. Gdy usłyszał, że z Jaworzna, pow. Rudniki uścisnął mi dłoń i oznajmił, że to jego rodzinne strony.

Upewniwszy się, że mnie nikt nie widział – zaprosił do chałupy gdzie przy kolacji gawędziliśmy do późnej nocy. Gdy się dowiedział, że chcę przejść za granice i mam pieniądze – doradził zaniechać przekupstwa strażników, bo takich tu mało i że przechodzi tutaj wielu przemytników. Przemycają tabakę, cygara, sacharynę, zegarki itp. Więc w razie zatrzymania mam udawać przemytnika. Po nie przespanej nocy zostawiłem ciężką walizkę, zamieniłem ubranie i już o 3 rano stałem za stodołą czekając na zmianę warty by udać się przez łąkę po tamtej stronie. Gdy strażnik wszedł za kępę olszynek ruszyłem z gwałtownym biciem serca do granicy.

W połowie drogi – 50 m od granicy – usłyszałem wopistę – stać, bo będę strzelał! Twarzą do ziemi! Podszedł do mnie i pyta, co nabroiłeś, że uciekasz za granice? Ja nie uciekam a idę po towar pan wie, jaki. A masz pieniądze? Pokazałem plik 100- złotówek. Odłożyłem mu 200 zł a kiedy się jeszcze wahał dołożyłem jeszcze 100 i obiecałem po powrocie 100 cygar i że wrócę tu za godzinę. Kazał jeszcze leżeć aż on nie schowa się za te olszynki a potem zwiewać do wsi za granicą.
Ja z obawy, że tam mogę spotkać żandarma ominąłem wieś i poszedłem dalej. Około południa, głodny, zauważyłem miasteczko a tam starego Niemca zapytałem gdzie można się posilić.

Trochę rozumiał po polsku i zaprowadził mnie do „Gasthof”. Tam barman podał dzbanek kawy, talerz kanapek z czarnym salcesonem i margaryną. Wypiłem kieliszek „Alte korn” i kufel piwa i kupiłem paczkę papierosów. Razem do zapłacenia 5 marek i 80 fenigów. Kiedy wyjąłem 20 zł to barman powiedział, że tym mogę sobie tyłek wytrzeć i zaczął mi wymyślać. Wszedł w tym czasie Niemiec i pyta; co ty August tak krzyczysz? Kiedy mu powiedziałem, że szukam pracy i umiem robić przy koniach, zaproponował pracę u siebie i zapłacił za mnie barmanowi.
Żona Augusta postawiła mi kawę i chleb z kiełbasą.
Po tym na podwórzu spotkałem chłopaka w moim wieku z nogą w gipsie, złamanymi żebrami. To stało się przy ładowaniu krowy na wóz. Pomyślałem, że nie poto szedłem do Niemca by krowy łamały mi kości.

Poszedłem więc dalej na południe. Poczułem się biednym, gdyż za moje pieniądze nie mogę
nic kupić. Zbliża się wieczór więc po minięciu kilku wiosek wchodzę do jednego domu prosząc o nocleg. Gospodarz karze iść do sołtysa po kartkę, więc idę dalej i wszyscy to samo mówią. Jak mam iść do sołtysa, kiedy nie mam żadnych dokumentów? Wieś się kończy, za nią las, ale i stodoła, do której się włamałem i przespałem w słomie. Rano poszedłem w kierunku Breslau ( Wrocław ). Dwa razy uprosiłem coś do zjedzenia i myślałem o noclegu, byle nie w słomie, bo rano trzeba obierać plewy z ubrania.

Wieczorem wszedłem do chaty gdzie był chłopiec i młodsza 7- letnia dziewczynka. Pytam: wu ist Fater? Pokazali, że w pokoju. Więc czekam zmęczony z bolącymi nogami siadając na stołku koło pieca i zasnąłem. Raptem ktoś mnie szarpie i krzyczy „dufartluchte” i wypycha do sieni. Widzę jak kobieta trzyma za ręce tego silnego chłopa broniąc mnie. Dał mi wreście spokój i oboje weszli do pokoju a ja usiadłem znów na stołku. Po chwili wyszedł i zapytał czy jestem głodny. Przytaknąłem.
Dał mi dwie kromy chleba z masłem i kawą i zaprowadził potem do obory dając dwa koce. Spałem dobrze a rano wychodząc znalazłem pod schodami kupę jaj więc napchałem pełne kieszenie – śniadanie było zapewnione.
Idąc dalej przez wsie, prosiłem o żywność i nocowałem w stogu siana. W jednej wsi spotkałem starszego chłopa rozumiejącego po polsku. Zapytałem go jak daleko jeszcze do Magdeburga gdzie mieszkał mój starszy brat. Gdy się okazało, że to pare set kilometrów postanowiłem skończyć tą wędrówkę i szukać roboty u większych rolników. Lecz bez dokumentów nigdzie nie chcieli mnie przyjąć. Ruszyłem więc dalej szukać bezskutecznie pracy, nawet tam gdzie w majątku pracowało wielu Polaków.
Pewnego dnia zobaczyłem w bramie starszego pana, który zapytał po niemiecku dokąd idę. „Arbeit zuchen” odpowiedziałem. Wziął mnie za ręce do zamku. Wypytywał czy umiem robić wołami i umiem kosić i czy mam 18 lat.
Zostałem tam za 2 marki i 50 fenigów dziennie by zarobić na podróż do brata koło Magdeburga. Napisałem do niego, że pracuje w majątku Pontwitz w Krejs Olz ( teraz Oleśnica) gdzie przepracowałem 3 miesiące.

Dnia 3.8.1921r przyjechał po mnie Stachu i pojechaliśmy do niego koło Magdeburga.
Tam zamieszkałem u brata, żywiłem się w pańskiej kuchni i pracowałem z końmi a nie wołami. Tam przekonałem się dopiero jak Niemcy dobrze się odżywiają – pomimo panującego kryzysu żywnościowego w miastach.
Nasz pan nazywał się Witchelm Keiler w dworze Obergiter 1 Burg bei Magdeburg prowintz Sachsen ( Saksonia). Pracowałem tam 1 rok, bo nie zdarzyło mi się dłużej, gdyż chciałem zwiedzić kraj niemiecki a zarobek był wszędzie jednakowy. Brat dostał wymówienie z pracy 8.8.1922r za spóźnienia zwłaszcza w poniedziałki i uderzenie pana w twarz. Konflikty zaczęły się od wyjazdów w soboty po wypłacie do miasta Burgec skąd wracał dopiero w poniedziałki z opóźnieniem.
Bratowa płakała i prosiła bym raz z nim pojechał i sprawdził gdzie on tak długo zabawia. Pod pretekstem zakupu sobie płaszcza zgodził się zabrać mnie doBurgu.
Po zakupie zaproponował restauracje, aby „oblać” nowy płaszcz. Tam właśnie często bywał. Po wyjściu kazał mi wracać do domu bo on jeszcze zostaje odwiedzić kolegę. Ja uparłem się, że boję się sam wracać, gdyż po drogach kursuje czarne auto, które kradnie ludzi. Zgodził się w końcu, ale musiałem mu przyrzec, że nie powiem nikomu gdzie byliśmy. Potem poszliśmy do domu balowego „Sztat Berlin” gdzie już grała orkiestra i dużo par tańczyło. Potem do stolika Stach przyprowadził jego kolegę z żoną, swoją „znajomą” Emę i jej siostrę Anię. Po kilku koniakach Stach poszedł tańczyć z Emą a mnie poprosiła do tańca Ania.

Po kilku kawałkach jakiś facet podciął mi nogę i o mało nie upadłem. Stachu widząc to palnął mu w twarz tak, że ten upadł na podłogę. Zrobił się szum a Ana zwierzyła się, że on chciał z nią chodzić. Około północy odprowadziliśmy nasze partnerki pod ich dom. Teraz dowiedziałem się, że Ema jest kochanką Stacha i że u niej przebywał.
Po powrocie, bratowej nie chciałem nic zdradzić, lecz sumienie mnie gryzło, że ta sytuacja może przynieść złe skutki. Więc opowiedziałem jej wszystko a ta poleciała do pana Kelera błagając by zwalniając go z pracy wyjadą daleko stąd. To właśnie po tym Stach został wezwany i krytykowany za złe postępki i wywalony z pracy. To wówczas Stach zdesperowany uderzył pana także za wypowiedzenie mieszkania.
Ja chciałem zostać nadal, chyba, że na nowym miejscu zapewnione będą te same warunki.
Wówczas Stach napisał do kolegi Ogórka w Hesenosn w górach Harc. Ten szybko odpisał, że załatwione nowe miejsce pracy i jedzenie w pańskiej kuchni. Po 24 godzinach jazdy z przesiadką w Kuscl wysiedliśmy w Ermanchausen i po 12 km jeździe furmanką byliśmy we dworze w Haselchof Krajs Hermanschauzen. Brat pracował jako knecht ( parobek) a ja jako pomocnik przy traktorze, z tym, że rano o 5-ej musiałem odwozić mleko do Bevogen oddalonego o 14 km. Bardzo mi się tam podobało. Dobre wyżywienie, piękny krajobraz, przewaga ludności katolickiej.
Marka traciła szybko na wartości. Pomimo że zarabialiśmy kilka tysięcy tygodniowo to trudno było za to coś kupić z przyodziewku. Niemcy usłyszeli o zmianie pieniędzy więc kupcy pochowali towar a rolnicy wstrzymali sprzedaż mięsa i zboża, czekając na nowy kurs marki.
Z dwoma kolegami wpadliśmy na pomysł włamania się do spichrza i kradzież 2-krotnie po 12 worów. Za to w miasteczku gdzie woziłem mleko dostaliśmy dużo odzieży i butów dla mnie i kolegi Witka oraz 14-letniej siostry Andzi, która przyjechała z Polski po śmierci mamy.
Kiedy odnaleziono znakowane worki i ustalono, że to my wyjeżdżaliśmy w nocy – przesłuchała nas policja, to się wybroniliśmy fałszywymi alibi. Witek w nocy naprawiał buty u Ogórka a ja byłem u narzeczonej Rozy Fischer. Więc policja przypuściła, że to głodni z miasta. Aby móc używać nowej odzieży musieliśmy wyjechać i wymówić prace pod pretekstem, że nas tu skompromitowano.
Na drugi dzień ja, Witek i siostra Andzia spakowaliśmy nasze toboły i wyjechali do Magdeburga, gdzie kierownik centrali pracy wysłał nas do dworu Warzleben w prowincji Zachsen po podpisaniu kontraktu, że będziemy tam pracować do 15 grudnia.
To był wielki dwór, gdzie już pracowało 130 Polaków. 2 wielkie domy koszarowe, 1 dla mężczyzn, drugi dla kobiet. Mnie zakwaterowano w izbie z 7 chłopakami a Andzie z dziewczynami.
Po tygodniu pracy, w sobotę otrzymałem 30 tysięcy marek w gotówce i deputat – 3 kg chleba, 40 kg ziemniaków, ½ kg mąki, ½ kg kaszy, ¼ kg grochu, 1/2 litra mleka. Za pieniądze trudno coś kupić a wyżywienie podłe więc po 3 tygodniach postanowiłem uciec z siostrą i narzeczoną Marianną Radlak z Nowin powiatu częstochowskiego.
W nocy uciekliśmy oknem i na dworzec kolejowy, gdzie czekaliśmy na pociąg do 6.30 rano. Lecz wcześniej odnaleźli nas żandarmi, którzy polecili wrócić tam gdzie podpisaliśmy kontrakt. Stanowczo odmówiłem, za co zabrali nas do więzienia do czasu powrotu sędziego śledczego do Oschesleben, który przybył po tygodniu.
Kiedy strażnik zaprowadził mnie na salę sądową tam już Andzia i Mania ( Maria Radlak ) były już przesłuchane za pośrednictwem tłumacza.
Po mojej wypowiedzi sędzia zadzwonił do policji i bardzo ich skrzyczał i nakazał natychmiast zwrócić nasze dokumenty. Już o 18-ej 12.7.1923 roku pojechaliśmy do Burgu szukać pracy.

We dworze 300 hektarowym chętnie nas przyjęto i zakwaterowano Andzie i Manie razem a ja w innej izbie.
Właścicielką dworu była wdowa Agnes Lenstet, poczciwa i dobra kobieta mająca 16 letniego syna lubiącego polowania.
W czasie kopania ziemniaków przyszedł prosić mnie o napędzanie stada kuropatw. Jednak, gdy 2 razy spudłował poprosiłem Helmuta by dał mi raz spróbować, że byłem w leśnictwie i umiem strzelać. Helmut napędził stado a ja 2 strzałami strąciłem 3 kuropatwy, z których jedną dostałem. Po kilku miesiącach zjadłem z Manią i Andzią trochę mięsa. Potem Helmut kilka razy poprosił mnie na polowanie i zawsze coś z tego oddał.
Kiedy już spadł śnieg postanowiliśmy z Nowakiem coś na własną rękę upolować. On naprawił jakiś sztucer bez lufy. Poszliśmy go wypróbować celując do kartki na wrotach szopy.

Po pierwszym udanym strzale – drugi okazał się fatalny. Zobaczyłem tylko słup ognia przed oczyma i mocne pchnięcie głowy do tylu i padłem na ziemie. Nowak zaraz zawołał moją siostrę i polskich chłopaków. Wnieśli mnie do izby i na ranę nałożyli chleba i obandażowali. Mania zaraz pobiegła wezwać doktora, który po opatrunku kazał wieźć do szpitala. Także dziedziczka Lenstet pojechała ze mną i kazała mówić, że zbierając narzędzia spadłem ze schodów w spichrzu to jest szansa że dostanę rentę inwalidzką.
Tak przeleżałem kilka miesięcy.

W tym czasie nastąpiła zmiana wartości marki na bardzo korzystne.

Niemcy dostały pożyczkę w złocie z Ameryki i w żywności. To też odwiedzające mnie Mania i Andzia potwierdzały przynosząc mi różne smakołyki. Mania prosiła doktora o wypisanie ze szpitala. Komisja uznała 50% niezdolności do pracy i zwolniła do domu 12.3.1924r. Ja jednak podjąłem prace przy budowie zamku przez 8 godzin na cały etat i zarabiałem więcej od tych w polu.

Otrzymywałem 20 marek za tydzień, za co mogłem się dobrze wyżywić i odłożyć na zakup ciuchów. Tak pracowałem do grudnia, bo Mania namawiała żebyśmy pojechali do Polski wziąść ślub. Kupiliśmy, więc sobie stroje ślubne i 28.12.1924r wyjechaliśmy do Polski.
Po drodze jednak przekonywałem ją, że robimy wielki błąd gdyż kiedyś pracowaliśmy za miliony to jak zadarmo, a teraz można zarobić wartościowych marek.

A Mania na to; przecież już jedziemy Franciszku! A ja, że może się zatrzymamy ba ja mam kolegę pracującego niedaleko linii kolejowej na trasie Lipsk – Drezno i zatrzymamy się w Wureen. Może tam jeszcze z 1 rok popracujemy.

Zgodziła się, wysiedliśmy w Wareen, gdzie ona została a ja poleciałem do Nepperwitz do kolegi Walentego Kolanko. Zaraz poszliśmy do jego pana. Ten przyjął nas i kazał pojechać wozem po Manię.

Dostaliśmy mieszkanie w piętrowym domu, 2 pokoje z kuchnią. Na drugi dzień zacząłem pracować jako knecht a Mania jako świniopas. Było nam dobrze bo nas traktowano na równi z Niemcami. Chowaliśmy sobie świnie, kozę, kury, kaczki, króliki. Po 2 latach 2.12.1926r pojechaliśmy do Polski z duża gotówką i przyodziani od stóp do głów.
Zamieszkaliśmy u brata żony Józefa Radlaka w Nowinach pow. Częstochowa. Ja pracowałem na stacji Herby Nowe.
W marcu 1927r przenieśliśmy się do Juliampola na moją ojcowiznę gdzie wzięliśmy ślub. Mieszkała tu dotychczas starsza siostra Marianna, która owdowiała i zrezygnowała z gospodarstwa.
Trzeba było zagospodarować 1,5 ha ziemi ornej, wyremontować dach na domu, zapłacić podatki za ub. rok. Tak marki wypływały z kieszeni jak woda a zarobić parę złotych nie było gdzie.

Ratowała nas renta inwalidzka z Niemiec – 32 marki miesięcznie w przeliczeniu to 64 złote.
W czerwcu 1927r, dowiedziałem się, że kolega z młodszych lat pracuje za Warszawą w Nowym Dworze przy budowie schronów amunicyjnych. Pojechałem i zostałem przyjęty do robót ziemnych. Zakwaterowałem się u gospodarza we wsi Jałówek, 6 km od miejsca pracy – dochodziłem pieszo. W grudniu zakończyliśmy budowę i znów bez pracy do wiosny.
12 marca 1928 r. żona pojechała do Niemiec a ja zostałem w domu z małym Józkiem.

Dopiero 20 maja pojechałem z firmą z Katowic do budowy mostów kolejowych na Kaszuby koło Kartuz a syna zostawiłem u siostry Krystyny i napisałem do żony by wróciła do dziecka. Pracodawca nie chciał jej zwolnić więc w lipcu poszła do lekarza. Ten dał jej zaświadczenie, że jest w ciąży i mogła więc wrócić do domu.

Przyjąłem tą wiadomość listownie z radością, że syneczkowi będzie dobrze. Ja pracowałem jako pomocnik z cieślami za 1,20 za godzinę, wówczas nie było mało.

Do Juliampola wróciliśmy 17 grudnia skąd dzierżawiący Żyd musiał się wynieść a za kilka dni wróciły siostry Marianna i Anna. Było znów głośno i ciasno.

Ojcowizna została podzielona. Brat Stachu swoją część odsprzedał siostrze Krystynie a pozostałe siostry kuzynowi Słoniowi. Ja po wyjeździe do dworu w Nowej Wsi też swoje pół ha odsprzedałem kuzynowi za 250 zł w 1931r.
Kryzys i bezrobocie się powiększyło a na dalszy wyjazd z 3 małymi dzieci daleko od rodziny nie było już ochoty.
Wybraliśmy się więc z sąsiadem Jakubem Widera na rowerach w poznańskie.
Po bezskutecznych poszukiwaniach pracy w pow. Kępno, Ostrów Wielkopolski i Leszno dotarliśmy do miasteczka Dobrzyce i tam w barze poinformowano nas, że w majątku Nowa Wieś są wolne miejsce dla 2 rodzin.

Tam rządca Ogłaszewski przyjął mnie na fornala a Widere na skotarza ( oborowego) i że musimy mieć dwie dziewczyny na posyłki. Podpisaliśmy umowy o prace i zapewniono nas, że 31.III.31r. wyślą po nas furmanki do Krotoszyna. Załadowaliśmy więc część mebli do wagonu bydlęcego w Juninowie i koleją doKrotoszyna z 3 synami i dwie dziewczyny Franię i Weronikę z Juliampola.

Prace zacząłem 1 kwietnia jako fornal 4 koni za 12 zł. miesięcznie i deputat roczny
2 kwintale zboża rocznie, 25 arów ziemi pod ziemniaki, 1 krowę na wyżywieniu dworskim i 2 dziewczyny zarabiające dla siebie 1,50 zł dziennie i na moim wyżywieniu.
Tak zaczęła się moja katorga: o godz. 4 rano nakarmić i oczyścić konie a od 6 rano do zmroku praca w polu z 2 godz. przerwą obiadową. W 2-gim roku dopiero kupiliśmy krowę za wyhodowane świnie. Było już więcej do jedzenia lecz na przyodziewek brakowało.

Po dwóch latach dziedzic Ubysz dal mi lepszą prace stróża polowego latem a zimą pracownik podwórzowy. Otrzymałem dubeltówkę i naboje. Wiec uszczeliłem czasem bażanta, kuropatwę lub zająca więc było więcej do jedzenia ale obiecanych pieniędzy nie płacono w każdym miesiącu a w 1934 roku był winien zapłaty za cały rok więc nie było na ubranie nas i dzieci. Więc wypowiedziałem pracę w ostatnim dniu 34 roku i że odejdę 1 kwietnia 1935r. Kiedy mu powiedziałem, że opuszczę mieszkanie w czworakach.

Kiedy się dowiedział, że już uzgodniłem wynajęcie nowego lokalu za 8 zł. miesięcznie u Paszka zgodził się na pozostanie w czworakach za tą sumę i nie wierząc, że handlem obwoźnym zarobię na utrzymanie rodziny i że jest gotów mnie ponownie przyjąć. Wypłacił zaległe należności.

Sprzedałem krowę za 170 zł i kupiłem stary rower, przy którym kowal zamocował 2 duże bagażniki.

Pojechałem do Kalisza za gotówkę 120 zł po towar. Nakupiłem drobiazgów jak igły, grzebienie, szpilki do włosów, pasmanterie, pończochy, mydła, cykorie, kawę, herbaty, chusteczki, cukierki. Tak z Kalisza ledwo dojechałem po 55 km obładowany towarem.
Na 2 dzień jeżdziłem po wsiach i zarobiłem na czysto 5 zł. Póżniej jeśli kupujący nie mieli gotówki, zabierałem drób, masło, ser i wiozłem do Kalisza zarabiając na tym dodatkowo.
Zacząłem jeździć na jarmarki odbywające się raz w miesiącu w rozmaitych miasteczkach, gdzie dojeżdżałem bezpośrednio z Kalisza zarabiając 25-35 zł.
Na wsi coraz więcej zamawiano ubrań i materiałów na kurtki i płaszcze. Taniej było zamawiać w fabryce Milera lub hurtowni Hustryka i u Lawkowicza oraz Spigielmana. Coraz częściej ludzie przychodzili do naszego domu po zamówione ubranka.
Można już było lepiej żyć i ubrać 5 dzieci.
W sierpniu 1939r dowiedziałem się, że w Kożminie przy ul. Klasztornej jest do wynajęcia mieszkanie z małym sklepikiem gdzie żona mogłaby też coś zarobić przy domu. Dałem zadatek 100 zł. I planowałem się tam przeprowadzić po nowym roku.
Józikowi załatwiłem szkołę z siódmą klasą wpłacając z góry 80 zł za trzy miesiące.

Tym czasem 1 września wybuchła II wojna światowa i moje plany zostały przekreślone.
Dalej jednak handlowałem a moje niemieckie nazwisko i znajomości języka pozwalało
wyłgać się od żandarmów. Jeżdżąc teraz autobusem mogłem przewozić więcej towaru a żydzi wciskali więcej towaru za półdarmo przewidując, że żandarmi zabiorą im za darmo.
Wioząc 4 toboły towaru autobusem przed Ostrowem Wielkoposlkm zatrzymała nas żandarmeria do kontroli, bo ktoś podłożył bombę. Kiedy pokazałem dowód zapytali dlaczego nie mam jako Franz Richter niemieckiego paszportu i zabrali towar, który oddadzą gdy za 14 dni jak dostarczę ten paszport.

Zbliżał się koniec wojny.
Baron wezwał mnie 7.II. 1945 r. i poprosił o spakowanie jego rodziny gdyż muszą się wycofać w głąb Niemiec i zaproponował mi wyjazd z nimi. Stanowczo odmówiłem bo nie opuszczę swojej rodziny. Więc pojechał mówiąc, że wkrótce tu wrócą i mam się tu wszystkim opiekować. W czwartek 12.II.1945 r. w kierunku Krotoszyna przejechały pierwsze czołgi radzieckie. Na drugi dzień przyszło wojsko. Oficer oświadczył, że wkrótce przyjdzie Polski rząd i władza będzie polska.
Ja zaraz po wyzwoleniu trafiłem do szpitala w Koźminie na operacje (zapalenie migdałków)
i po 2 tygodniach wróciłem do domu.
Handlem mogły zajmować się tylko spółdzielnie. Pozostało mi tylko z 7 dziećmi prowadzić gospodarstwo poniemieckie w Koźmińcu gdyż żona nie godziła się na wyjazd na tak zwane Ziemie Odzyskane….

A Wy znacie swoje historie rodzinne? są spisane?

Ja tą moją rodzinną czytałam jak dobrą książkę czy film i aż trudno mi było uwierzyć że aż tyle zapierających dech w piersiach przeżyć miał mój pradziadek.

Zdjęcia i ostatni post o pamiętniku miałam tutaj – post z 2 lutego 2013 roku.

Na koniec kilka zdjęć które dostałam między innymi od mojego wuja Zdzisława Rychtera który pewnego dnia przysłał mi takiego maila..

No więc Aśka melduję się, Twój cioteczny wuj, czy jak to tam się nazywa.

Wklep moje nazwisko w net, to trochę się dowiesz o mnie (www.filmpolski.pl ) itd, itp.

Ja nie miałem zielonego pojęcia o Twoim istnieniu – nikt nigdy mi nie mówił, że Włodziu ma dzieci… łooł i wnusie 😉

Więc dzięki blogowi odkryłam i nawiązałam kontakt z rodziną. Mam nadzieję że uda mi się dotrzeć osobiście z dziećmi, porozmawiać, dowiedzieć się jeszcze czegoś więcej o rodzinie..

album_dziadka_35
album_dziadka_60
album_dziadka_32
A ja właśnie wklejam zdjęcia do albumów z minionych lat, nadrobiłam ostatnie 3 lata i uzupełniam albumy dzieci, wklejam nie tylko zdjęcia, ale również kartki, zaproszenia, bilety, różne rzeczy które chce ocalić od zapomnienia 🙂

Czasami wariatka…tak mi się zebrało

Tak jak każdy z Was mam marzenia, czasami nie mówię o nich głośno, czasami coś powiem, część z nich się spełnia , część nie. Czyli wszystko w normie

Czasami wydaje mi się że ciężko, następnego dnia na skrzydłach latam

Trochę ze mnie wariatka.

Kiedyś trochę więcej o sobie pisałam tutaj,  tutaj i tutaj 

Niektórzy uważają że lepiej za bardzo się nie uzewnętrzniać

Lepiej polecać książeczki, pokazywać zmiany w domu, nową kanapę, kwiaty na parapecie, przepis na pyszny sernik no i ewentualnie zakupy jakieś.

Niektóre blogi głównie o szyciu, inne gotowaniu, w innych codzienność w piękne słowa ujęta.

W niektórych cudowne zdjęcia ,  do przeglądania, zachwycania się. Drobiazgi, piękno, pastelowe  dodatki, drewniane skrzynie, wiklinowe serca.. Rustykalne, skandynawskie, shabby chic, prowansalskie.

Inne pokazują różne zakątki świata, opisują fascynujące historie i przeżycia.

Są lepsze, gorsze, są takie do których wracam, zaglądam jak tylko czas znajdę

A jaki właściwie jest mój blog?

Pojęcia nie mam jak to w słowa ująć.

Trochę o dzieciach i o tym co tworzymy, trochę o szyciu moim, trochę o gotowaniu, pomysłach na zmiany w domu, dekoracjach, czasami parę słów sklecę czasami bardziej od serca o tym co mnie trapi. Czyli ogólny misz masz..lifestyle czy parenting , pojęcia nie mam jak to nazwać

Ostatnio coraz większe wątpliwości mam czy ktoś tu jeszcze zagląda.

I czy to moje pisanie i posty mają sens.

Czego mi brakuje. Pewnie komentarzy Waszych które kiedyś były częściej , więcej i dzięki temu czułam że mnie czytacie

Tak już pokochałam tego bloga, że w pewnym sensie motywuje mnie do działania, tworzenia, robienia pewnych rzeczy.

Nie wyobrażam sobie że miałby zniknąć..(chociaż to akurat łatwe jedno klik i nie ma, pustka, tylko katalogi ze zdjęciami na dysku zostaną)

Z  dziećmi tworzymy, nowe książeczki czytamy,  malujemy, wyklejamy, nowych przepisów szukam, próbuję, pichcę, ściany w domu maluję, odnawiam meble, przerabiam, skrzynkę zamieniam w półkę i wiele innych spraw codziennych i od święta, które potem Wam pokazuję,

zdjęcia robię, słowa przez głowę przebiegają gdy w kolejce do kasy stoję, czy samochodem jadę. Zasypiając pojawiają się pomysły, na działanie, zmiany, stworzenie czegoś

starą szafkę w kuchenkę dla dzieci przemieniam

szyję nowe pokrowce na krzesła, nową poduchę, sweter przerobiam na poduchę, lalkę szyję i z pokłutymi palcami idę spać

A czasami po prostu siadam z kubkiem herbaty i miską słonecznika i parę słów, zdań piszę.

Czasami uśmiech na twarzy, czasami wzruszenie bo tematy różne poruszam.

Przy okazji na inne ulubione  blogi zaglądam, czuję się jak trochę Wasz gość, podpatruję co u Was słychać, czy odpoczywacie, co tworzycie, czy pokoik dziecięcy urządzacie, czy może nowe plany macie…

W tym świecie bratnie dusze, niektóre osoby z którymi się widziałam, inne znam tylko wirtualnie, ale bliskie mi są, bo czuję przez posty i ich słowa, że nadajemy na podobnych falach, że się rozumiemy.

Nie będę ich teraz tutaj wymieniać doskonale wiedzą, że ich mam na myśli, niektóre tu z Polski, inne zagranicą mieszkają..

Więc pomimo, że mi ostatnio trochę smutno, że Was tu mało.

Póki co zostaję, skrobnę kilka słów od czasu do czasu, z dziećmi coś stworzę.

A na koniec  z innej bajki pokaże Wam jeszcze jak własną mapę skarbów stworzyć 🙂

Potrzebujemy:

Kartkę papieru najlepiej bloku rysunkowego większego formatu, herbata zwykła zaparzona w miseczce, kawałek gąbeczki, farbka brązowa lub pisak, czarny cieńkopis lub pióro, troszkę wyobraźni

Kartkę strzępimy brzegi, nasączamy gąbkę herbatą (nie za mocno), pokrywamy kartkę papieru 2 razy. My suszyliśmy suszarką żeby było szybciej.

Potem brzegi pomalować na brązowo

I stworzyć własną mapę skarbów, z mapą. U nas były wieloryby i statek i delfiny, wieloryb…

Zabawa super. Mapy zwinięte leżą u dzieci na półkach. Zawsze można je wziąść i ruszyć na poszukiwanie skarbów

zdjęcia kiepskiej jakości bo z telefonu który ostatnio nie chce współpracować 

20141227_135959_do postu small

20141227_140003 do postu_small

20141227_142106 do postu small

20141227_143630 do postu small

Dziękuję tym co jeszcze mnie odwiedzają za to że wpadliście. Mam nadzieję że udaje mi się Was czasami zaciekawić, zainspirować. Ściskam ciepło. Asia

Ostatnio robię to co kocham

Musiałam odpocząć, odstawić ją w kąt, nie dotykać, nie słuchać miarowego rytmu pracy. Bo poczułam że za dużo, że sił nie ma, że nie sprawia mi to już radości.

I od nowego roku nabrałam sił, usiadłam i jak zaczęłam szyć nie mogę skończyć. Pomysłów mnóstwo, codziennie nowe rzeczy powstają.

Część z nich wyląduje na Dawanda, reszta dla nas do domu

Nowe pokrowce na krzesła takie wyższe drewniane z Ikei, były zwykłe kremowe już doprać się nie chciały więc uszyłam nowe ziołowe, z materiału w którym się zakochałam i muszę go dokupić więcej. Jest cudny.

Z tego samego materiału powstała duża solidna torba na zakupy w formie kwadrata 50 cm. Długie uszy , wczoraj mąż przyniósł w niej zakupy z Biedronki.

Uszyłam też spodenki dresowe z dresówki ze srebrną nitką z zielonymi ściągaczami. Trochę jeszcze duże dla dziewczynki, ale jak w nie wskoczyła to nie chce wyjść od 3 dni 🙂

Powstała też lala większa niż zwykle, w dżinsowej spódnicy z kieszonkami i na ściągaczu. Jak zwykle ma torebkę. Powstaną kolejne..tą już dziewczynka porwała na łóżeczku posadziła..

Uszyłam też poduchę buźkę uśmiechniętą. Z jednej strony dresówka i buzia naszyta rumiana. z drugiej mięciutkie żółte minky.

Do przytulania i kochania, spania i wariowania 🙂

IMG_4865_do postu_small

IMG_4868 do postu_small

IMG_4895 do postu_small

IMG_4896 do postu_small

IMG_4899 do postu_small

IMG_4871 do postu_small

IMG_4873 do postu_small

IMG_4874 do postu_small

IMG_4875 do postu_small

IMG_4877 do postu_small

IMG_4902 do postu_small

IMG_4903 do postu_small

IMG_4904 do postu_small

IMG_4885 do postu_small

IMG_4889 do postu_small

IMG_4883 do postu_smallIMG_4891 do postu_small

IMG_4890 do postu_small

IMG_4887 do postu_small

IMG_4894 do postu_small

IMG_4893 do postu_small